czwartek, 26 lipca 2012

Rozdział IX

Nie martwcie się o nas, jesteśmy w bezpiecznym miejscu.
Nie porwał nas Voldemort, ani żadne inne gadopodobne stworzenie.
Jeśli naprawdę tego chcecie to możecie nas szukać, i tak nie znajdziecie.
Zobaczymy się 1. września na King's Cross.

Alice i Harry

-To bez sensu Albusie. Czytaliśmy to już setki razy, nie ma możliwości, żeby była tu jakaś podpowiedź. - Minerwa McGonagall z rezygnacją rzuciła karteczkę na stół.
-Wiem, Minerwo. Mimo to stwierdziłem, że dobrze by było przeczytać to jeszcze raz. - siwowłosy mężczyzna potarł ze zmęczeniem twarz. Był już 15. sierpnia, a on już nie miał pomysłów gdzie ich szukać. - Severusie, czy usłyszałeś coś o nich u Voldemorta?
-Nie wiem gdzie są te kłopotliwe bachory, ale nie jest to siedziba Lorda. Nawet w tak zastraszonym towarzystwie musiałbym o tym usłyszeć.
-A na Nokturnie, Pokątnej i Privet Drive?
-Nic - mruknął Bill
-U mnie to samo - dodała Tonks
-Także nic - zakończył Remus
Wszyscy przez chwilę zagłębili się w myślach, aż nagle wilkołak dosłownie podskoczył przewracając swoje krzesło.
-Arturze! Całkowicie o niej zapomniałem!
-O kim?
-O tej dziewczynie z Privet Drive! Jak ona miała na imię....-Lupin przeczesał palcami włosy w skupieniu - S..s..s..Sonia? Nie...So...So...
-Sophie? Mówisz o tej ładnej blondynce?
-Tak! Może ona coś wie - wilkołak jakby dopiero usłyszawszy zagubione imię mógł się uspokoić podniósł krzesło i usiadł - Sądzę, że powinniśmy jej poszukać.
-O kim wy mówicie? Jaka znowu blondynka?
-Kiedy byliśmy w Surrey zabrać Harry'ego to nie było go w domu, więc Dudley poszedł go zawołać. A kiedy wrócili była z nimi czarnooka blondynka, którą przedstawił nam jako sąsiadkę.
-Hmmm. - Albus zamyślił się na chwilę, żeby w końcu powoli skinąć głową - Dobrze. Remusie  i ty, Nimfadoro proszę zajmijcie się tym.

***
Wiele, wiele mil dalej...
 
W jadalni jak codziennie rano już od roku panował śniadaniowy gwar. Po przespanej nocy wszyscy byli pozytywnie nastawieni, szczególnie że był dzień wolny. Siedziała jednak wśród młodzieży jedna osoba, która nie była tak radosna. Lucille należała do białych i miała niezwykle rozwiniętą intuicje, której zawsze starała się słuchać. A dzisiaj jej szósty zmysł mówił, że coś się stanie. Niekoniecznie złego, ale na pewno wybije to ich ze zwykłej rutyny. I jak zwykle się nie pomyliła.
Tuż za ostatnią grupą do sali wemknął się jasnowłosy mężczyzna w czerwonym płaszczy i zajął wolne miejsce tuż koło Mistrza. Jedynie przez fakt, że siedziała tuż koło stołu dla trenerów* udało jej się usłyszeć:
-Powiedział, że nie uważa tego za dobry pomysł, ale skoro nam tak bardzo na tym zależy to się pojawią.
-Ten chłopak zdecydowanie nazywa się Fineriell, oni mają tę taktykę we krwi: "Jeśli tak bardzo chcesz to niech będzie, ale nie bierzemy za to odpowiedzialności" - mruknął w odpowiedzi Mistrz
-Nie przesadzaj, i tak są odpowiedzialni za większą ilość rzeczy niż zwykły człowiek jest w stanie sobie wyobrazić.
-Wiem, wiem. Ale czasami naprawdę ciężko się z nimi pracuję. - mówiąc to podniósł się i klasnął chcąc zwrócić na siebie uwagę - Moi drodzy jak zapewne zauważyliście jedna z grup od początku szkolenia nie uczestniczy w naszym życiu codziennym. Dzisiaj się to jednak zmieni w związku z czym chciałbym was poprosić o ciepłe przyjęcie.
W tym samym momencie, jakby czekali na jakiś tajemniczy sygnał, drzwi otworzyły się i do środka weszła czteroosobowa grupa. Na czele szły dwie zupełnie do siebie niepodobne dziewczyny. Jedna miała białe kocie uszy i długie czarne włosy, natomiast drugiej spomiędzy lekko poskręcanych czerwonych włosów wystawały czubki szpiczastych uszu. Tuż za nimi podążało dwóch chłopaków również się od siebie różniących. Brunet był niezwykle podobny do czarnowłosej, drugi z nich miał za to włosy w co najmniej trzech kolorach.
Nie rozglądając się na boki ruszyli do jedynego wolnego stolika, który stał dokładnie pomiędzy Mistrzem, a grupą Lucille. Czerwoni usiedli przy stole i zajęli się śniadaniem, więc reszta chcąc nie chcąc poszła za ich przykładem. Po chwili jednak dziewczyna ponownie usłyszał głos jasnowłosego Kapitana:
-I co? Nie było tak źle! - mężczyzna wyszczerzył się do czarnowłosego - Mówiłem, że się na was nie rzucą.
-Nie podejrzewałem ich o to mimo wszystko. - mruknął chłopak - Chodziło mi tylko o to, że nasze nagłe pojawienie się wzbudziło niezdrowe zainteresowanie, a ja mimo wszystko nie lubię czuć się jak okaz w zoo.
-Dlaczego nie? Moim zdaniem nieźle się do tego nadajesz, szczególnie w tej bardziej futrzastej formie.
-Bardzo zabawne. - Pomimo swoich słów bynajmniej nie wyglądał na rozbawionego.
-Bracie, daj spokój. - dziewczyna z kocimi uszami położyła mu dłoń na ramieniu - Przecież wiesz, że to w końcu musiało się zdarzyć.
-Wiem, Al. Mimo wszystko ciężko, żeby ktoś nie zwrócił uwagi na naszą czwórkę. - chłopak wyraźnie się odprężył po interwencji siostry - Teraz zajmijmy się już lepiej śniadaniem.

Po posiłku czerwoni ruszyli z powrotem na górę chcąc przygotować się do następnych zajęć, ale na schodach zatrzymał ich Raih.
-Macie dzisiaj dzień wolny. - mruknął z nieszczęśliwą miną
-Dzień wolny? - powtórzyli zaskoczeni
-Tak, tak. Minął już rok od rozpoczęcia szkolenia i Mistrz powiedział, że mam was wypuścić. No, a teraz idźcie i pamiętajcie, że jutro jest zwykły dzień. - uśmiechnął się do nich wrednie i zniknął za zakrętem
-Cały Raih... - westchnął Daniel
Mimo zaskoczenia ruszyli szybko na górę po pieniądze chcąc jak najbardziej i najlepiej spożytkować wolny dzień.
Pół godziny później wyszli przez główne wrota ze świadomością, że cały czas są obserwowani przez innych. Ruszyli drogą prowadzącą do miasta cicho rozmawiając i śmiejąc się z miny Ravena kiedy dawał im wolne, aż w końcu dotarli do pierwszych zabudowań. Wszędzie przemieszczali się ludzie, panował hałas, a na wystawach błyszczało się wiele pięknych, ale i drogich przedmiotów. Cały czas rozglądali się ciekawie kiedy nagle przerwał im zachwycony pisk Alice, a dosłownie sekundę później dziewczyna ciągnęła już Mishrę za rękę w tylko sobie znanym kierunku.
-Patrz, patrz. Czyż on nie jest słodki? -  w kartonie siedział czarny, puszysty szczeniak, który mógłby faktycznie uchodzić za niezwykle uroczego, gdyby nie wyglądał jakby miał zamiar odgryźć rękę każdemu kto spróbuje ją do niego zbliżyć
-Taa...zdecydowanie...
-To świetnie, że tak myślisz, bo weźmiemy go ze sobą! - posłała mu przy tych słowach najpiękniejszy proszący uśmiech - No popatrz tylko na niego! Wygląda na takiego samotnego i smutnego.
Według niego pies wyglądał jedynie na głodnego krwi, ale postanowił zachować to dla siebie. Jego siostra natomiast jakby widziała zupełnie inne zwierze niż on wyciągnęła bez namysłu rękę.
I uratowała ją tylko nieporadność typowa dla szczeniaków, ponieważ próbując wbić ostre jak igiełki zęby w jej dłoń pies chybił i z parsknięciem wylądował z powrotem w kartonie.
-Ojej i w dodatku jest głodny. Koniecznie musimy go stąd zabrać. Daj kurtkę.
-Że co?
-Daj mi kurtkę, przecież muszę go jakoś podnieść. - chłopak z westchnięciem uwolnił się z okrycia - No, a teraz do sklepu i weterynarza.
Kiedy wrócili do reszty ci z niewiadomych przyczyn byli bardzo rozbawieni zdołowaną miną Mishry i uśmiechem pełnym samozadowolenia Alice. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz