-Petry i
-Mai
Ukryty w najodleglejszym zakątku domu spędził noc rozmyślając. Wiadomość o posiadaniu napełniła go jednocześnie szczęściem jak i niepokojem, bo przecież krew to jeszcze nie wszystko. Istniały przecież na tym świecie miliony spokrewnionych osób, które nawet nie utrzymywały ze sobą kontaktu. Mimo to miał nadzieje, że jemu uda się porozumieć z młodszą siostrą, ostatecznie to nie był dobry czas na kłótnie.
Kończąc swoje przemyślenia jakże uniwersalnym stwierdzeniem "Będzie co ma być" ruszył na dół w poszukiwaniu innych mieszkańców domu. Panią Weasley, jak zwykle zresztą, zastał w kuchni przygotowującą śniadanie. Prawdopodobnie była już zorientowana w sytuacji, ponieważ kiedy tylko przestąpił próg rzuciła mu zatroskane spojrzenie i postawiła na stole naprawdę duuuży talerz jajecznicy.
-Dzień dobry, pani Wasley. Dobrze pani spała?
-Witaj, Harry. Nie mam na co narzekać. Dzisiaj rano, zanim wyszedł do pracy, Remus opowiedział mi co się stało i bardzo mi przykro, że dowiedziałeś się o tym w taki sposób.
-Nie ma sprawy, dla mnie najważniejsze jest, że wogóle wiem.
Rozmowę przerwał im trzask zamykanych drzwi i dzikie wrzaski pani Black. Molly spojrzała na niego jeszcze bardziej zatroskana i machnęła ręką w stronę wejścia.
-Sadzę, że to ty powinieneś ją powitać.
Na górze czekało go pewne zakończenie. Skoro on był kopią ojca logiczne wydawało się założenie, że Alice będzie podobna do matki. Ona jednak, jakby na przekór wszystkiemu i wszystkim, wyglądała jak jego bliźniaczka. Długie, czarne włosy i zielone oczy. Jedynie jej skóra była odrobinę jaśniejsza, a na twarzy miała trochę bladych piegów.
-Cześć, Harry. - zawołała Tonks zasłaniając portret - Musimy już iść, więc czy mógłbyś pokazać Alice dom i przedstawić jej wszystkich?
-Jasne. Cześć, nazywam się Harry Potter i no cóż... Jestem twoim bratem.
-Wiem. Jestem Alice i mam nadzieje, że jakoś się dogadamy. - posłała mu nieco wymuszony uśmiech mówiący, że wciąż nie jest pewna co o nim myśleć
-W takim razie zapraszam do kuchni. Jak tylko spróbujesz kuchni pani Weasley od razu poczujesz się tu niczym w domu.
-Pamiętasz go? - spojrzał na nią zaskoczony
-Co?
-Dom. Czy pamiętasz nasz dom?
-Nie, byłem za mały..-uchwycił jej zawiedzione spojrzenie i uśmiechnął się pocieszająco - ..ale od kiedy trafiłem do czarodziejskiego świata spotkałem wielu ludzi, którzy chętnie dzielili się ze mną swoimi wspomnieniami. Jeśli chcesz mogę ci później coś opowiedzieć.
-Dzięki.
***
Usiadł na łóżku rezygnując z dalszych prób zaśnięcia. Męczył się, przewracając z boku na bok, już dobre trzy godziny, a snu jak nie było tak nie ma. Podniósł się i jak najciszej przeszedł przez pokój po drodze się ubierając. Zamknął drzwi z cichym kliknięciem i ruszył po schodach omijając co bardziej skrzypiące stopnie. Wkroczył do salonu i musiał przyznać, że zdziwił się mniej niż powinien widząc w nim swoją siostrę. Siedziała zwinięta w fotelu i wpatrywała się w wygaszony kominek. Miała na sobie zielone spodenki, czarny T-shirt z nadrukiem i takie same trampki.
-Też nie możesz spać?
-A jakżeby inaczej, chociaż ja chyba wierzyłem w swoje możliwości odrobinę dłużej niż ty. - usiadł w fotelu naprzeciwko i oparł głowę na dłoni - Szczerze mówiąc wolałbym się dzisiaj wyspać, bo jutro pani Weasley nie będzie miała dla mnie litości przy sprzątaniu, a wczorajszej nocy też za dużo nie spałem.
-Ja podo..- jej dalsze słowa zagłuszyło buchnięcie ognia w kominku - Co do licha?!
Z płomieni jak gdyby nigdy nic wyszedł blondwłosy mężczyzna otrzepujący w skupieniu swoją szatę. Kiedy był już najwidoczniej zadowolony ze stanu swojej garderoby podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko napotykając wzrok młodszej dwójki.
-Cześć ludzie. Jestem z Bractwa Róży, chcecie się do nas przyłączyć?
Potterowie popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem, a nowo przybyły zrobił zaskoczoną miną jakby nie wiedział o co im chodzi.
-Wiesz..to trochę mało informacji. - udało się w końcu wydusić Alice - Byłoby miło gdybyś powiedział coś jeszcze.
-Ach, o to wam chodzi! Nazywam się Jack Shelley i urodziłem się w Anglii, aktualnie mieszkam na terenie Bractwa Róży, przez niektórych nazywanego Bractwem Równowagi. Zajmujemy się głównie odnajdywaniem utalentowanych czarodziei i kształceniem ich. W czasie konfliktów w czarodziejskim świecie zazwyczaj staramy się, aby żadna ze stron nie miała miażdżącej przewagi, bo to się zawsze źle kończy. W czasach pokoju pilnujemy, aby stworzenia mroku nie zżerały zbyt wielu ludzi i jeszcze kilka innych rzeczy. Nie mamy żadnych stałych powiązań ze Śmierciożercami, Zakonem Feniksa, ani Ministerstwem Magii w żadnym kraju. No więc teraz, czy już możecie się zgodzić?!
-No nie wiem. Co ty o tym sądzisz, Harry?
-Myślę, że to może być szansa.
-Szansa? Na co?
-Na zabicie Voldemorta. Więc myślę, że mogę spróbować. - dziewczyna przyjrzała mu się uważnie po czym skinęła głową
-Okej, niech będzie.
Usiadł na łóżku rezygnując z dalszych prób zaśnięcia. Męczył się, przewracając z boku na bok, już dobre trzy godziny, a snu jak nie było tak nie ma. Podniósł się i jak najciszej przeszedł przez pokój po drodze się ubierając. Zamknął drzwi z cichym kliknięciem i ruszył po schodach omijając co bardziej skrzypiące stopnie. Wkroczył do salonu i musiał przyznać, że zdziwił się mniej niż powinien widząc w nim swoją siostrę. Siedziała zwinięta w fotelu i wpatrywała się w wygaszony kominek. Miała na sobie zielone spodenki, czarny T-shirt z nadrukiem i takie same trampki.
-Też nie możesz spać?
-A jakżeby inaczej, chociaż ja chyba wierzyłem w swoje możliwości odrobinę dłużej niż ty. - usiadł w fotelu naprzeciwko i oparł głowę na dłoni - Szczerze mówiąc wolałbym się dzisiaj wyspać, bo jutro pani Weasley nie będzie miała dla mnie litości przy sprzątaniu, a wczorajszej nocy też za dużo nie spałem.
-Ja podo..- jej dalsze słowa zagłuszyło buchnięcie ognia w kominku - Co do licha?!
Z płomieni jak gdyby nigdy nic wyszedł blondwłosy mężczyzna otrzepujący w skupieniu swoją szatę. Kiedy był już najwidoczniej zadowolony ze stanu swojej garderoby podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko napotykając wzrok młodszej dwójki.
-Cześć ludzie. Jestem z Bractwa Róży, chcecie się do nas przyłączyć?
Potterowie popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem, a nowo przybyły zrobił zaskoczoną miną jakby nie wiedział o co im chodzi.
-Wiesz..to trochę mało informacji. - udało się w końcu wydusić Alice - Byłoby miło gdybyś powiedział coś jeszcze.
-Ach, o to wam chodzi! Nazywam się Jack Shelley i urodziłem się w Anglii, aktualnie mieszkam na terenie Bractwa Róży, przez niektórych nazywanego Bractwem Równowagi. Zajmujemy się głównie odnajdywaniem utalentowanych czarodziei i kształceniem ich. W czasie konfliktów w czarodziejskim świecie zazwyczaj staramy się, aby żadna ze stron nie miała miażdżącej przewagi, bo to się zawsze źle kończy. W czasach pokoju pilnujemy, aby stworzenia mroku nie zżerały zbyt wielu ludzi i jeszcze kilka innych rzeczy. Nie mamy żadnych stałych powiązań ze Śmierciożercami, Zakonem Feniksa, ani Ministerstwem Magii w żadnym kraju. No więc teraz, czy już możecie się zgodzić?!
-No nie wiem. Co ty o tym sądzisz, Harry?
-Myślę, że to może być szansa.
-Szansa? Na co?
-Na zabicie Voldemorta. Więc myślę, że mogę spróbować. - dziewczyna przyjrzała mu się uważnie po czym skinęła głową
-Okej, niech będzie.
-No, to teraz zostawcie im wiadomość, że znikacie do końca wakacji i lecimy.
***
***
Harry czuł się jakby leciał. Nie było to jednak nieprzyjemne uczucie. Wręcz jakby przez chwilę mógł poczuć się jak ptak. Tak samo wolny i niezależny.
Uczucie niestety szybko się skończyło i chłopak poczuł jak uderza nogami o twardy grunt. Otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył to fioletowy promień lecący w jego stronę. Instynktownie wyjął różdżkę i rzucił Protego.Kątem oka zauważył, że Al zrobiła dokładnie to samo. Siła wrogiego zaklęcia była jednak tak wielka, że rozbiła barierę na części, chociaż osłabła sporo przy zetknięciu z zaklęciem obronnym. Oboje odskoczyli gwałtownie nie chcąc oberwać przekleństwem.
Cholera! A więc tojednak była pułapka! – pomyślał rozeźlony chłopak
Rodzeństwo odwróciło się w stronę Shelley’a wpatrując się w niego z chęcią mordu. Ten uśmiechnął się z zakłopotaniem i podszedł do dziewczyny i chłopaka. Różdżki zostały natychmiast skierowane w jego stronę. Z magicznych patyków posypały się czerwone iskry, po których łatwo można było zauważyć niechęć i nienawiść właścicieli.
-Wybaczcie!! Musieliśmy sprawdzić czy się nadajecie. –widząc, że wrogie spojrzenia wciąż są na niego skierowane skulił się w sobie i próbował wysyłać do rodzeństwa trochę pozytywniejsze emocje. Niestety, dla niego, żadne nie dało się zwieść, a dokładając do tego próbę wtargnięcia do ich psychiki poleciały w jego stronę dwa silne, czerwone promienie. Mężczyzna ledwie zdążył uskoczyć, a oba czary trafiły w ziemię robiąc w niej sporej wielkości dziury. Jack spojrzał na nich niespokojnie. Mocno się zdziwił widząc, że młodzi schowali różdżki i patrzą na niego spokojnie i obojętnie. Kiedy chciał coś powiedzieć to Harry nagle zabrał głos.
-Nigdy więcej nie próbuj nam grzebać w głowach, rozumiesz? –wysyczał złowieszczo. Blondyn drgnął zaskoczony. To nie była groźba ani ostrzeżenie. To był rozkaz. Bezwzględne polecenie, które należało wypełnić, bo za nieposłuszeństwo można było zapłacić wysoką cenę.
Jeszcze przed wyruszeniem na misję Mistrz ostrzegał go.Wtedy go nie zrozumiał teraz już tak. Choć chłopak nie wiedział, kim jest to jednak instynktownie wiedział, co może zrobić.
-Oczywiście, wybaczcie. Nie powinienem…-odparł skruszony
-Nie powinieneś. – przyznała chłodno dziewczyna kończąc dyskusje. – Teraz z łaski swojej zaprowadź nas do tego ośrodka szkoleniowego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz