czwartek, 26 lipca 2012

Rozdział XI

   Dalsza podróż pociągiem minęła im we względnym spokoju, ale na peronie musieli się rozstać. Z całej czwórki jedynie Harry był wcześniej uczniem Hogwartu, tak więc cała reszta ruszyła w stronę jeziora i czekających tam łódek. Czarnowłosy natomiast poszedł szukać wolnego miejsca w powozie prowadząc na smyczy Księcia. Na szczęście w jednym z nich spotkał Neville'a i Lunę, którzy okazali tylko odrobinę zaniepokojenia na widok wielkiego zwierzaka.
-Cześć Harry! - powiedzieli razem - Twój ponurak wygląda niesamowicie... - mruknęła Luna
-Właściwie to zwykły pies - Książę łypnął na niego z oburzeniem - i nie jest mój. Należy do mojej siostry.
-Hermiona wspomniała nam o tym w pociągu, ale...to prawda? Masz młodszą siostrę?
-Taa, ja też byłem zaskoczony jak się dowiedziałem. Nawet sobie nie wyobrażacie jak, ale teraz się po prostu cieszę, że jest. Nawet jeśli bywa czasem nieznośna.
Później trzymali się już tylko bezpiecznego tematu szkoły i niewiadomej osoby nauczyciela OPCM, więc droga minęła w przyjaznej i wesołej atmosferze. Niestety prysnęła ona zaraz po ich wejściu do Wielkiej Sali. Pomimo tego, że zostawił Księcia w Sali Wejściowej to i tak uwaga wszystkich skupiła się na Potterze. Większość co prawda nie wiedziała, że zniknął z Londynu na miesiąc, ale każdy mógł zauważyć zmiany jakie w nim zaszły. Długotrwałe treningi oraz odpowiednia dieta sprawiły, że zdecydowanie nie przypominał już tego chuderlawego dzieciaka z przed wakacji, brak okularów i przydługie włosy opadające na jedno oko dodawały jego postaci buntowniczości. Zmienił się nawet jego sposób chodzenia i gestykulacja. Teraz zamiast zahukanego dziecka wyglądał na pewnego siebie arystokratę(którym w pewnym sensie był). On sam starając się nie zwracać na nich uwagi ruszył do stołu Gryfonów z Longbottomem. Chwilę później do Sali wkroczyli pierwszoroczni i chcąc, nie chcąc uczniowie skupili się na nich, a kiedy na samym końcu pojawiła się czwórka starszych uczniów to, przynajmniej na chwilę, osoba Harry'ego popadła w zapomnienie. 
-Witajcie moi drodzy! - zaczął Dumbledore - Profesor McGonagall poprowadzi teraz Ceremonię Przydziału, a później ogłoszę wam kilka ważnych spraw. Zaczynajmy!
Kobieta ułożyła stary kapelusz na równie wysłużonym stołku i bez dalszych opóźnień rozpoczęła. Jak co roku przydział przebiegał bez większych rewelacji, więc zanim zbliżyli się do końca większość osób ponownie skupiła się na plotkach powtarzanych cichym szeptem. Mimo to kiedy tajemnicza czwórka zbliżyła się do siedzenia na Sali zapanowała cisza.
-Conetti Daniel. - chłopak usiadł na stołku i uśmiechnął się rozbrajająco do pozostałej trójki. McGonagall popatrzyła na niego z dezaprobatą, ale nic nie powiedziała i włożyła mu tiarę na głowę. Kapelusz zamyślił się, pokrzywił aż w końcu coś mruknął, a kiedy chłopak pokiwał głową wykrzyknął:
-Ravenclaw! - Conetti wstał ze stołka i poszedł do swojego stołu po drodze uśmiechając się do Mishry, który odpowiedział tym samym. Daniel mógł wyglądać na lekkoducha, ale interesował się najstarszymi i najbardziej tajemniczymi dziedzinami magii.
-Elven Sophie. - kiedy wicedyrektorka ułożyła czapkę na głowie czerwonowłosej tiara ponownie się zamyśliła i wymieniła kilka słów z dziewczyną po czym wykrzyknęła:
-Slytherin!- Sophie zeskoczyła ze stołka i ruszyła pod ścianę do stołu Ślizgonów.
-Morri Amon. - Mishra przyjrzał się dokładnie chłopakowi. Był pewny, że nigdy się nie spotkali i nie przypominał sobie nawet jego nazwiska, ale z jakiegoś powodu miał przeczucie, że nie jest on zwykłym uczniem. Miał blond włosy, duże bursztynowe i wyglądał jakby przydział tak naprawdę nie za wiele go interesował. Przysiadł na stołku, a po chwili na sali było słychać:
-Gryffindor! - chłopak ruszył do stołu i chcąc nie chcąc musiał usiąść naprzeciwko Pottera, ale zanim zdążyli zamienić choćby słowo McGonagall wyczytała ostatnią osobę
-Potter Alice. - Jak na zawołanie na Sali zapanowała całkowita cisza. Całkowicie niezrażona dziewczyna rozsiadła się na stołku i uśmiechnęła się do brata. Wicedyrektorka ułożyła jej na włosach kapelusz, a ten skrzywił się lekko, zamyślił i nie pytając dziewczyny o zdanie wykrzyknął:
-Slytherin! - Zanim wstała Alice zdążyła jeszcze jak tiara coś do siebie mruczy, więc wytężyła słuch.
-Już raz dałam wybór jednemu Potterowi i do tej pory nie jestem pewna czy dobrze zrobiłam...
Dziewczyna wzruszyła ramiona. Jak to mówią mugole: nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. 
Dopiero kiedy kobieta ściągnęła jej czapkę zorientowała się, że cała Wielka Sala zamarła, a gdy wstała uczniowie wrócili z hałasem do życia. W całym pomieszczeniu wybuchły rozmowy, które ucichły dopiero po powstaniu Dumbledore'a.
-Jak widzę zauważyliście już, że w tym roku dołączyło do nas kilku starszych uczniów, w tym młodsza siostra pana Pottera. Mam nadzieję, że wszystkich ciepło powitacie i pomożecie odnaleźć się w nowym miejscu. Jeśli chodzi o nowego nauczyciela OPCM to jak większość z was już zapewne zauważyła nie jest jeszcze obecny, ale pojawi się już na jutrzejszych lekcjach. Jestem zobowiązany przypomnieć wam, że wstęp do Zakazanego Lasu jest ZAKAZANY, a lista zabronionych przedmiotów znajduje się na drzwiach Gabinetu pana Filcha. A teraz..Wcinajcie!
    Jak to zwykle bywało, wygłodniali po całym dniu, uczniowie zajęli się jedzeniem na chwilę zapominając o niezwykłych wydarzeniach. Niestety swoboda nowych uczniów nie trwała długo, bo kiedy tylko pierwszy głód został zaspokojony po Sali ponownie rozniósł się szum rozmów. Dlatego też czwórka czerwonych czym prędzej dokończyła posiłek i ruszyła do drzwi odprowadzona zaciekawionym spojrzeniami. Dopiero kiedy zatrzymali się tuż obok odpoczywającego w holu Księcia zaczęli rozmowę.
-I jak wam się podoba w Hogwarcie? - rzucił Mishra
-Jest niesamowity! Szczególnie sufit w Wielkiej Sali! - uśmiechnęła się Soph rozglądając się po korytarzu
-Mhm. Szkoda tylko trochę, że uczniowie muszą się tak zachowywać. - mruknęła sennie Alice opierając się o brata - Są strasznie upierdliwi...
-A ty co? Już odlatujesz? - zaśmiał się Daniel - Myślałam, że jako kotołaki nie potrzebujecie tak dużo snu.
-Chciałabym ci przypomnieć, że koty lubią spać, a po za ty-
-A po za tym moja szanowna siostra zamknęła się na kilka dni i nocy przed wyjazdem w swojej pracowni i za nic nie chciała wyjść mówiąc, że musi dokończyć coś ważnego. - westchnął Mishra obejmując dziewczynę ramieniem - Co ważniejsze zastanawia mnie ten chłopak, Amon.
-Ładniutki jest, czyżbyś czuł się zagrożony? - zaśmiała się Sophie - Gryffindor zgarnia wszystkich szkolnych przystojniaków!
-A ja?! - oburzył się się Daniel - To przecież ja tu jestem ucieleśnieniem wszystkich kobiecych pragnień!
Pozostała trójka wybuchnęła śmiechem, a chłopak starał się zachować poważny wyraz twarzy, ale po chwili również dołączył. Kiedy w końcu się uspokoili Mishra ponownie rozpoczął temat:
-Żarty żartami, ale on naprawdę nie wygląda mi na zwykłego ucznia. Myślę, że..- przerwało mu pojawienie się się w holu omawianego - Po prostu uważajcie. Do jutra.
Cmoknął siostrę w policzek i ruszył w stronę jasnowłosego chłopaka.
-Cześć, jesteś Amon prawda?
-Taa, a sądząc z burzliwych reakcji po twoim wyjściu wnioskuję, że ty jesteś tym słynnym Harry'm Potterem. - blondyn uśmiechnął się i wyciągnął dłoń na powitanie - To musi być trudne znosić takie zachowanie na co dzień.
-Nawet sobie nie wyobrażasz. - zaśmiał się Fineriell cały czas zastanawiając się co mu nie pasuje w tym chłopaku - Chodź, pokaże ci chociaż kawałek zamku zanim reszta nie skończy jeść. Bez hasła, które znają tylko prefekci i tak nie wejdziemy.
-Okej.

***

Mishra, przyzwyczajony na szkoleniu do wczesnego wstawania, obudził się na długo przed budzikiem. Przebrał się w sportowe ubranie i wymknął na poranny trening.  Teoretycznie powinien spotkać na dworze całą drużynę, ale podejrzewał, że czując odrobinę wolności związaną z zakończeniem szkolenia postanowili się wyspać. Zdecydował pozwolić im na to dzisiaj, ale od jutra nie będzie miał litości. Mimo wszystko poczuł się mile zaskoczony kiedy zobaczył na błoniach biegającą Sophie. Gdy przebiegała niedaleko wejścia dołączył do niej z uśmiechem.
-Cześć, już myślałam, że będę dziś ćwiczyć sama. - zawołała
-Trzeba było obudzić Al!
-Zapomnij, kiedy wczoraj weszłyśmy do dormitorium padła na łóżko i zasnęła jak kamień, a gdy dziś rano wychodziłam wyglądała jakby potrzebowała jeszcze jakichś trzech dni snu.
-Alice, Alice... - mruknął Fineriell kręcąc głową - Ta dziewczyna nigdy nie wie kiedy przestać...
Nie dane mu było powiedzieć nic więcej, ponieważ dziewczyna wybuchnęła śmiechem.
-Cieszę się mogąc uczynić twe życie szczęśliwszym, ale czy mogłabyś mi wyjaśnić powód twej nagłej wesołości?
Zamiast odpowiedzieć czerwonowłosa zaczęła śmiać się jeszcze głośniej, aż w końcu musiała się zatrzymać i oprzeć ręce na kolanach. Notos przebiegł jeszcze kilka kroków zanim się zatrzymał i obejrzał szczerze zaciekawiony. Ostatnie dwa lata spędził wśród członków Bractwa, którzy w momencie, w którym dowiadywali się kim jest stojący przed nimi przystojny młody mężczyzna natychmiast nabierali szacunku i nie mieli mu już za wiele do powiedzenia. Szczerze mówiąc nie dziwił się im. Ród Fineriell właściwie stanowił prawo wśród nich, a ponad nim byli na dobrą sprawę tylko Mistrz i Wyrocznia. W dodatku nie znali go i nie wiedzieli czy nie okaże się zadufanym w sobie dzieciakiem.
Dlatego też jeszcze cenniejsze stało się dla niego towarzystwo przyjaciół. Tych kilkoro totalnie bezczelnych ludzi za nic miało sobie jego umiejętności oraz pozycję i zawsze mówili dokładnie to co myśleli.
-No bo...hahaha...ro-...hahaha...robicie dokładnie to samo! Dwa tygodnie temu to ona skarżyła się, że po nocach siedzisz nad jakimiś papierami...hahaha....
Chłopak przeanalizował to co powiedziała i z rozbawieniem musiał przyznać jej rację. Mimo to postanowił przybrać oburzony wyraz twarzy i ruszył w stronę Sophie. Ta, wyczuwając zagrożenie, chciała uciekać, ale Mishra dopadł ją w dwóch skokach i zaczął...łaskotać. Dziewczyna zawyła jeszcze głośniej ze śmiechu i nie dając już rady runęła na ziemię ciągnąc za sobą czarnowłosego. Teraz z kolei znaleźli się w pozycji, która szybko ją uciszyła. Chłopak wylądował praktycznie na niej podpierając się jedną ręką, aby jej nie zgnieść. Drugą ręką natomiast odgarnął jej niesforne kosmyki z twarzy...
-HAU!
Oboje podskoczyli do góry jakby ktoś ich poraził prądem, a później odwrócili się w stronę szczekania. W ich stronę biegł szczekając głośno i radośnie Książę, a kilkanaście metrów za nim o wiele wolniejszym tempem podążała wyglądająca jak siedem nieszczęść Alice. Miała rozczochrane włosy i podkrążone oczy, a do tego włożyła na siebie luźny T-shirt, który prawie zakrywał krótkie spodenki, a do tego niezawiązanie trampki.
-Czyżbyśmy wam w czymś przeszkodzili? - zawołała zachrypniętym od snu głosem podchodząc bliżej
-Em...Nie, skąd. Tak tylko żartowaliśmy... - Mishra uśmiechnął się do siostry niewinnie, a Sophie nieco zbyt energicznie pokiwała głową
-Jassne...- mruknęła Al zastanawiając się jak tak inteligentni ludzie mogą być tacy głupi
-A czy ty przypadkiem nie odsypiałaś, droga siostro?
-Odsypiałam, jeśli musisz już koniecznie wiedzieć, ale Książę postanowił, że należy mu się wyjście na dwór. - powiedziała przyklękając, żeby zawiązać buty. Po tej drobnej operacji zawołała psa i ruszyli biegiem w stronę Zakazanego Lasu.
-Tylko przyjdź na śniadanie! - zawołał za nią Mishra
-Jasne! - odkrzyknęła nawet się nie odwracając, a Mishra pokręcił głową ze zrezygnowaniem na co Sophie ponownie zaczęła się śmiać
-Ja wiem, że znacie się tylko dwa lata, ale czasami zachowujecie się jakbyście spędzili razem całe życie!

Rozdział X

       Jak co roku pierwszego września na peronie 9 i 3/4 panował nieopisany harmider. Sowy huczały, koty miauczały, a co młodsi uczniowie płakali. Jedynie mała grupka stojąca tuż koło pociągu naradzała się po cichu. Poszukiwania Harry'ego trwały już od miesiąca, a Zakon Feniksa wciąż nie miał pojęcia gdzie może być chłopak. Ich jedyna poszlaka, jasnowłosa dziewczyna z Privet Drive, zniknęła jakby nigdy nie istniała, a oni musieli w końcu uwierzyć w treść krótkiego listu. Dlatego też na dworcu wraz z rodziną Weasley'ów i Hermioną pojawili się Remus, Tonks oraz Moody. Każde z tej dziwnej zbieraniny spoglądało co chwilę w kierunku wejścia oczekując, typowego dla pojawienia się Pottera, zamieszania. Kiedy jednak w końcu nastąpiło przybrało nieoczekiwaną formę. 
Pierwszy przez wejście wpadł, i to dosłownie, wysoki chłopak o wielokolorowych włosach. Ubrany w luźne jeansy i  koszulkę wyglądał na takiego, który mało czym się przejmuje. Teraz jednak wyglądał na bardzo niezadowolonego.
-Notos k*rwa! Miałeś mi pokazać, a nie mnie wrzucać! - początkowo zamiast odpowiedzi usłyszeli tylko czyjś śmiech, a po chwili na peronie pojawił się czarnowłosy chłopak. Cały ubrany na czarno pozwalał, aby to jego niesamowicie zielone oczy skupiały całą uwagę otoczenia.
-Daj spokój Szaman. Przecież ostatecznie trafiłeś, prawda? - czarnowłosy uśmiechnął niewinnie doprowadzając kilka biednych, niewinnych uczennic do palpitacji serca - Nieważne jak, byle do celu! Nie wiesz, że to dewiza życiowa wszystkich znaczących osób w każdym społeczeństwie?!
-Sool! Ratuj mnie przed tym psychopatą! - chłopak zwrócił pełne nadziei oczy na właśnie przybyłą dwójkę dziewczyn. Jedna miała czerwone włosy związane w wysoką kitkę, czerwone rybaczki i czarną tunikę.Za nią szła dziewczyna o czarnych włosach, które nawet zaplecione w warkocz sięgały do pasa. Do tego założyła krótkie spodenki i top sięgający do pępka. I choć wyglądała naprawdę ładnie, a wręcz zjawiskowo to nie ona przyciągnęła całą uwagę. Na smyczy prowadziła ogromnego, czarnego psa, który niezaprzeczalnie mógł się skojarzyć z ponurakiem. - Chociaż właściwie nie, jeśli masz zamiar zbliżyć się z tym bydlęciem!
-Szaman, nie dramatyzuj. Zachowujesz się jakbyś dzisiaj poznał mojego brata. - dziewczyna stanęła koło wcześniej omawianego chłopaka i nikt by nie zwątpił, że są rodzeństwem. Rozejrzała się się ciekawie po peronie, aż w końcu natrafiła wzrokiem na Weasley'ów i resztę gromadki. - Nii-san to chyba twoi przyjaciele...
Młody Fineriell odwrócił głowę i musiał przyznać jej rację. Prawdopodobnie już go rozpoznali, ponieważ przyglądali się im z niezbyt inteligentnymi minami. Uśmiechnął się z pewnym wymuszeniem starając się podejść do tego obiektywnie i rozsądnie. To nie ich wina, że dali się omotać dyrektorowi. Nikt z nich nie był na tyle blisko Dumbledore'a żeby dostrzec jego błędy i półprawdy. Starając się powtarzać to w swojej głowie często i z dużym zaangażowaniem ruszył przez dworzec w ich stronę.
-Cześć. - przywitał się nie do końca wiedząc co powiedzieć. Zazwyczaj, a już szczególnie po szkoleniu z siostrami Lancaster, nie miał problemu z dobieraniem słów. Teraz jednak czuł, że coś między nim, a jego starymi przyjaciółmi się zmieniło. I to prawdopodobnie nieodwracalnie, ponieważ nawet jeśli oni byli wciąż tacy sami to on sam nie. - Mam nadzieję, że się nie martwiliście...
-Martwiliście??!! - przerwała mu z krzykiem Granger - Nie no, skądże znowu! Zniknąłeś na  miesiąc nie wiadomo gdzie i z kim zostawiając nam tylko jakąś durną karteczkę! Oczywiście, że się martwiliśmy idioto! Nie wiem co sobie myślałeś, ale wiesz co musiał czuć profesor Dumble...
Nie dane jej było dokończyć zdania, ponieważ wszyscy nagle usłyszeli potworne warczenie. Hermiona podskoczył rozglądając się z przestrachem. Tuż koło nich stała Alice, która musiała podejść w czasie tyrady gryfonki, a jej ogromny pies wyglądał jakby miał zamiar ich pożreć.
-Bądź łaskawa nie mówić o rzeczach, o których nie masz pojęcia. - odezwała się lodowatym tonem czarnowłosa - Ponieważ któregoś dnia przyjaciele mogą stać się wrogami. 
Młoda Granger zastygła z otwartymi ustami, a Mishra westchnął ze zmęczeniem. Chciał żeby to spotkanie minęło w, przynajmniej pozornie, przyjaznej atmosferze. Cofnął się tak, aby stanąć idealnie między dwiema dziewczynami.
-Książę cisza. - czarny zwierzak posłusznie zamilkł - Wystarczy Alice. Wracajmy do reszty.
Odwrócili się i odeszli, a grupa ponownie zaczęła dyskusję. Tyle, że teraz głównym tematem nie było gdzie jest Harry, tylko co się z nim stało. Jedynym, który nie włączył się do rozmowy i dalej bacznie obserwował chłopaka był Remus. Z pewnym zaskoczeniem zauważył, że ta, wyglądająca jak z obrazka, czwórka nie zachowuje się jakby znali się od miesiąca. Gdyby nie było to niemożliwe to w przypadku ich znajomości czas liczyłby raczej w latach.

-Nienawidzę pociągów. - mruknał Daniel. Siedzieli sami w jednym z ostatnich przedziałów, a każdego kto chciałby się dosiąść skutecznie odstraszał widok kudłatego Księcia. 
-Czemu? Kiedy masz dużo miejsca i coś do roboty to nie jest tak źle, prawda Mishra? - zaśmiała się czerwonowłosa stukając chłopaka w ramię.
-Mhm. - odmruknął zapytany nawet nie podnosząc wzroku z nad kartki, którą właśnie czytał, a po chwili zamienił ją na kolejną. Był ich tam z resztą całkiem sporo, bo zajmowały całe siedzenie po jednej stronie oprócz tych miejsc gdzie siedział Mishra i Sophie.
-Widzisz? Notos też tak uważa.
-Jaasne...Myślę, że on aktualnie przytaknąłby wszystkiemu.
-Tak sądzisz? Hmm...- czerwonowłosa zrobiła minę chochlika - Notoos?
-Hm?
-Powiesz mi coś?
-Mhm.
-Ale szczerze?
-Mhm.
-A jak skłamiesz to...to ubierzesz się na różowo?
-Mhm. 
Pozostała dwójka siedziała starając się nie wydawać żadnych odgłosów, ale i tak co chwilę wyrywało im się jakieś kwiknięcio-chrząknięcie.
-No dobra, skoro obiecujesz, że powiesz prawdę...
-Mhm.
-To...kochasz mnie?
-Że co?! - czarnowłosy poderwał do góry głowę z bardzo zabawną miną. W tym momencie tamta nieszczęsna kwicząca dwójka nie wytrzymała i wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
-Noo, pytam się czy mnie kochasz? - ponowiła pytanie Sophie zachowując kamienną twarz.
-Ale dlaczego my w ogóle o tym rozmawiamy, a już szczególnie w tym miejscu?
-Bracie, nieładnie tak unikać odpowiedzi! Przed chwilą obiecałeś pełnej niepewności dziewczynie, że jej odpowiesz!
Jak na ironię od dalszej dyskusji uratował Fineriella Malfoy otwierający drzwi przedziału. Młody arystokrata rozejrzał się zatrzymując na moment wzrok na plikach kartek, a potem utkwił go w młodej Potterównie.
-No Potter, nie sądziłem, że w twojej rodzinie może być ktoś taki. - powiedział otaksowując dziewczynę wzrokiem po czym zwrócił się bezpośrednio do niej: - Może jeśli dasz sobie spokój z tym towarzystwem to nadawałabyś się nawet na moją dziewczynę.
-Wybacz, - odpowiedziała z lodowatym uśmiechem i w sugestywny sposób objęła siedzącego obok Szamana za szyję - ale nie lubię takich sztywniaków, wolę bardziej luźny styl.
Malfoy zrobił się purpurowy na twarzy, otworzył usta po czym je zamknął, a kiedy w końcu udało mu się wydobyć z siebie głos parsknął gniewnie:
-Jeszcze tego pożałujesz! - po czym zniknął na korytarzu.
A czwórka w przedziale ponownie wybuchnęła śmiechem.

Rozdział IX

Nie martwcie się o nas, jesteśmy w bezpiecznym miejscu.
Nie porwał nas Voldemort, ani żadne inne gadopodobne stworzenie.
Jeśli naprawdę tego chcecie to możecie nas szukać, i tak nie znajdziecie.
Zobaczymy się 1. września na King's Cross.

Alice i Harry

-To bez sensu Albusie. Czytaliśmy to już setki razy, nie ma możliwości, żeby była tu jakaś podpowiedź. - Minerwa McGonagall z rezygnacją rzuciła karteczkę na stół.
-Wiem, Minerwo. Mimo to stwierdziłem, że dobrze by było przeczytać to jeszcze raz. - siwowłosy mężczyzna potarł ze zmęczeniem twarz. Był już 15. sierpnia, a on już nie miał pomysłów gdzie ich szukać. - Severusie, czy usłyszałeś coś o nich u Voldemorta?
-Nie wiem gdzie są te kłopotliwe bachory, ale nie jest to siedziba Lorda. Nawet w tak zastraszonym towarzystwie musiałbym o tym usłyszeć.
-A na Nokturnie, Pokątnej i Privet Drive?
-Nic - mruknął Bill
-U mnie to samo - dodała Tonks
-Także nic - zakończył Remus
Wszyscy przez chwilę zagłębili się w myślach, aż nagle wilkołak dosłownie podskoczył przewracając swoje krzesło.
-Arturze! Całkowicie o niej zapomniałem!
-O kim?
-O tej dziewczynie z Privet Drive! Jak ona miała na imię....-Lupin przeczesał palcami włosy w skupieniu - S..s..s..Sonia? Nie...So...So...
-Sophie? Mówisz o tej ładnej blondynce?
-Tak! Może ona coś wie - wilkołak jakby dopiero usłyszawszy zagubione imię mógł się uspokoić podniósł krzesło i usiadł - Sądzę, że powinniśmy jej poszukać.
-O kim wy mówicie? Jaka znowu blondynka?
-Kiedy byliśmy w Surrey zabrać Harry'ego to nie było go w domu, więc Dudley poszedł go zawołać. A kiedy wrócili była z nimi czarnooka blondynka, którą przedstawił nam jako sąsiadkę.
-Hmmm. - Albus zamyślił się na chwilę, żeby w końcu powoli skinąć głową - Dobrze. Remusie  i ty, Nimfadoro proszę zajmijcie się tym.

***
Wiele, wiele mil dalej...
 
W jadalni jak codziennie rano już od roku panował śniadaniowy gwar. Po przespanej nocy wszyscy byli pozytywnie nastawieni, szczególnie że był dzień wolny. Siedziała jednak wśród młodzieży jedna osoba, która nie była tak radosna. Lucille należała do białych i miała niezwykle rozwiniętą intuicje, której zawsze starała się słuchać. A dzisiaj jej szósty zmysł mówił, że coś się stanie. Niekoniecznie złego, ale na pewno wybije to ich ze zwykłej rutyny. I jak zwykle się nie pomyliła.
Tuż za ostatnią grupą do sali wemknął się jasnowłosy mężczyzna w czerwonym płaszczy i zajął wolne miejsce tuż koło Mistrza. Jedynie przez fakt, że siedziała tuż koło stołu dla trenerów* udało jej się usłyszeć:
-Powiedział, że nie uważa tego za dobry pomysł, ale skoro nam tak bardzo na tym zależy to się pojawią.
-Ten chłopak zdecydowanie nazywa się Fineriell, oni mają tę taktykę we krwi: "Jeśli tak bardzo chcesz to niech będzie, ale nie bierzemy za to odpowiedzialności" - mruknął w odpowiedzi Mistrz
-Nie przesadzaj, i tak są odpowiedzialni za większą ilość rzeczy niż zwykły człowiek jest w stanie sobie wyobrazić.
-Wiem, wiem. Ale czasami naprawdę ciężko się z nimi pracuję. - mówiąc to podniósł się i klasnął chcąc zwrócić na siebie uwagę - Moi drodzy jak zapewne zauważyliście jedna z grup od początku szkolenia nie uczestniczy w naszym życiu codziennym. Dzisiaj się to jednak zmieni w związku z czym chciałbym was poprosić o ciepłe przyjęcie.
W tym samym momencie, jakby czekali na jakiś tajemniczy sygnał, drzwi otworzyły się i do środka weszła czteroosobowa grupa. Na czele szły dwie zupełnie do siebie niepodobne dziewczyny. Jedna miała białe kocie uszy i długie czarne włosy, natomiast drugiej spomiędzy lekko poskręcanych czerwonych włosów wystawały czubki szpiczastych uszu. Tuż za nimi podążało dwóch chłopaków również się od siebie różniących. Brunet był niezwykle podobny do czarnowłosej, drugi z nich miał za to włosy w co najmniej trzech kolorach.
Nie rozglądając się na boki ruszyli do jedynego wolnego stolika, który stał dokładnie pomiędzy Mistrzem, a grupą Lucille. Czerwoni usiedli przy stole i zajęli się śniadaniem, więc reszta chcąc nie chcąc poszła za ich przykładem. Po chwili jednak dziewczyna ponownie usłyszał głos jasnowłosego Kapitana:
-I co? Nie było tak źle! - mężczyzna wyszczerzył się do czarnowłosego - Mówiłem, że się na was nie rzucą.
-Nie podejrzewałem ich o to mimo wszystko. - mruknął chłopak - Chodziło mi tylko o to, że nasze nagłe pojawienie się wzbudziło niezdrowe zainteresowanie, a ja mimo wszystko nie lubię czuć się jak okaz w zoo.
-Dlaczego nie? Moim zdaniem nieźle się do tego nadajesz, szczególnie w tej bardziej futrzastej formie.
-Bardzo zabawne. - Pomimo swoich słów bynajmniej nie wyglądał na rozbawionego.
-Bracie, daj spokój. - dziewczyna z kocimi uszami położyła mu dłoń na ramieniu - Przecież wiesz, że to w końcu musiało się zdarzyć.
-Wiem, Al. Mimo wszystko ciężko, żeby ktoś nie zwrócił uwagi na naszą czwórkę. - chłopak wyraźnie się odprężył po interwencji siostry - Teraz zajmijmy się już lepiej śniadaniem.

Po posiłku czerwoni ruszyli z powrotem na górę chcąc przygotować się do następnych zajęć, ale na schodach zatrzymał ich Raih.
-Macie dzisiaj dzień wolny. - mruknął z nieszczęśliwą miną
-Dzień wolny? - powtórzyli zaskoczeni
-Tak, tak. Minął już rok od rozpoczęcia szkolenia i Mistrz powiedział, że mam was wypuścić. No, a teraz idźcie i pamiętajcie, że jutro jest zwykły dzień. - uśmiechnął się do nich wrednie i zniknął za zakrętem
-Cały Raih... - westchnął Daniel
Mimo zaskoczenia ruszyli szybko na górę po pieniądze chcąc jak najbardziej i najlepiej spożytkować wolny dzień.
Pół godziny później wyszli przez główne wrota ze świadomością, że cały czas są obserwowani przez innych. Ruszyli drogą prowadzącą do miasta cicho rozmawiając i śmiejąc się z miny Ravena kiedy dawał im wolne, aż w końcu dotarli do pierwszych zabudowań. Wszędzie przemieszczali się ludzie, panował hałas, a na wystawach błyszczało się wiele pięknych, ale i drogich przedmiotów. Cały czas rozglądali się ciekawie kiedy nagle przerwał im zachwycony pisk Alice, a dosłownie sekundę później dziewczyna ciągnęła już Mishrę za rękę w tylko sobie znanym kierunku.
-Patrz, patrz. Czyż on nie jest słodki? -  w kartonie siedział czarny, puszysty szczeniak, który mógłby faktycznie uchodzić za niezwykle uroczego, gdyby nie wyglądał jakby miał zamiar odgryźć rękę każdemu kto spróbuje ją do niego zbliżyć
-Taa...zdecydowanie...
-To świetnie, że tak myślisz, bo weźmiemy go ze sobą! - posłała mu przy tych słowach najpiękniejszy proszący uśmiech - No popatrz tylko na niego! Wygląda na takiego samotnego i smutnego.
Według niego pies wyglądał jedynie na głodnego krwi, ale postanowił zachować to dla siebie. Jego siostra natomiast jakby widziała zupełnie inne zwierze niż on wyciągnęła bez namysłu rękę.
I uratowała ją tylko nieporadność typowa dla szczeniaków, ponieważ próbując wbić ostre jak igiełki zęby w jej dłoń pies chybił i z parsknięciem wylądował z powrotem w kartonie.
-Ojej i w dodatku jest głodny. Koniecznie musimy go stąd zabrać. Daj kurtkę.
-Że co?
-Daj mi kurtkę, przecież muszę go jakoś podnieść. - chłopak z westchnięciem uwolnił się z okrycia - No, a teraz do sklepu i weterynarza.
Kiedy wrócili do reszty ci z niewiadomych przyczyn byli bardzo rozbawieni zdołowaną miną Mishry i uśmiechem pełnym samozadowolenia Alice. 

Rozdział VIII

Rozsiedli się wygodnie i siostry zaczęły opowiadać. 
-Obowiązkiem Rodu Fineriell jest pośredniczenie w kontaktach innych członków Bractwa z Mistrzem i kapitanami. Pomagamy też przy rozwiązywaniu problemów - jak w każdym społeczeństwie tak i tutaj musi istnieć jakaś władza zajmująca się utrzymywaniem porządku i tu właśnie również wkraczamy my. Jeśli Fineriell wyda wyrok to zmienić może go tylko głowa Rodu oraz Mistrz. -mówiła Nora
-Ludzie zazwyczaj utrzymują dystans w kontaktach z nami, ale nie narzekamy. Mamy dużą rodzinę, która i tak robi wystarczająco problemów. - dodała z uśmiechem May
-Mimo to jeśli jesteście wśród członków Bractwa wskazane jest, abyście zachowywali się przyzwoicie. Jeśli ludzie nie będą nas szanować zmusimy ich, aby się nas bali, ale wolelibyśmy tego uniknąć. - zakończyła Anya
-Jeśli chodzi o zarządzanie wszystkim to przez ostatnie lata zajmowała się tym Rada. Nora była jedną z członków, a resztę poznacie później. W każdym razie od teraz wy będziecie się tym zajmować.
-A jak wrócimy do Hogwartu?
-Rada może powrócić i zdawać wam raporty.
Młodzi popatrzyli na siebie porozumiewając się wzrokiem.
-To chyba byłoby w porządku.
-Nauczymy was jak tu się wszystkim zajmować, praw panujących w Bractwie, zmieniać się w waszą kocią formę, a także kilku innych ciekawych rzeczy potrzebnych w towarzystwie. - Anya uśmiechnęła się szelmowsko - Jeśli będziecie mieli jakieś pytania, na przykład dotyczące zwyczajów tu panujących, nie bójcie się pytać. Zawsze chętnie odpowiemy.
-Teraz jeśli chcecie obejrzyjcie dom i jak będziecie mieli dość to teleportujcie się do Ośrodka. Odezwiemy się do was za kilka dni.  - Nora zakończyła spotkanie wstając z fotela. Widząc to reszta też zaczęła się podnosić i ruszać w stronę drzwi. Kiedy mieli się już rozejść u dołu schodów May zatrzymała młodzież jeszcze na chwilę.
-To nic ważnego po prostu...witajcie w domu.

Dom był taki jaki wydawał się na pierwszy rzut oka - ogromny. Podejrzewali nawet, że w razie konieczności zmieściłby się w nim cały ród Fineriell. Mimo to postanowili zwiedzić go całego, od strychu aż po piwnice. Wszędzie można było dostrzec oznaki niezaprzeczalnego gustu osoby odpowiedzialnej za wystrój, a także wskazówki odnośnie mieszkańców.  Strych został podzielony na dwie części - jedną publiczną i drugą prywatną. Do pierwszej można było wejść z wspólnej części domu. Do drugiej natomiast prowadziły schody z ich części. I właśnie to pomieszczenie postanowili zwiedzić jako pierwsze, nie spodziewając się co można tam znaleźć. 
Na pierwszy rzut oka wyglądał zdecydowanie nieprzyjaźnie, niesprzątany i nieużywany od lat. Jednakże kiedy tylko ich wzrok przyzwyczaił się do panującego tam półmroku dostrzegli zawalone papierami biurko, o którego bok stała oparta gitara. Naprzeciwko ktoś ułożył wielkie i miękkie poduchy dookoła niskiego stolika, pod którym stały kartonowe pudła. Natomiast całą pozostałą przestrzeń zajmowały obrazy i szkice, a w rogu każdego z nich znajdowało się małe, ozdobne L.
-Myślisz, że to...
-Nie wiem, nikt mi nigdy nie wspominał o tym, żeby nasza mama rysowała. - Mishra ruszył powoli przez pokój rozglądając się, aż w końcu stanął przed sztalugą i prawdopodobnie ostatnim dziełem ich matki. Podniósł delikatnie okrywający je materiał i jego oczom ukazał się obraz przedstawiający wnętrze strychu z leżącym w centralnej części białym tygrysem. 
-Wow, niesamowity. - westchnęła Alice zerkając mu przez ramię - Chciałabym umieć tak malować.
-Naprawdę nie umiesz rysować? 
-No nie mów mi, że ty umiesz tak rysować!
-Myślę, że gdybym poć...- widząc jej minę postanowił nie kończyć zdania - Co ważniejsze, sądzę, że ten obraz przedstawia naszego ojca.
-Fajnie, też bym chciała tak wyglądać po przemianie. - dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu i zakomenderowała: - Ty zobacz co jest na biurku, a ja zajrzę do tych pudeł.
Zaciekawiona usiadła na poduszce i otworzyła pierwsze pudło. W środku znalazła kolejne szkice tym razem przedstawiające Hogwart, Pokątną i jakiś mugolski domek.
-Tutaj są teksty jakichś piosenek, a u ciebie?
-Kolejne obrazki, ale czekaj... - otworzyła drugie pudło i uśmiechnęła się smutno - W tym są zdjęcia.
Na samym wierzchu leżały dwie fotografie, obie przedstawiające ich rodziców. Z pierwszej uśmiechała się do nich śliczna dziewczyna siedząca okrakiem na parapecie. Druga była zrobiona prawdopodobnie kilka lat później, ponieważ ta sama tylko, że odrobinę starsza dziewczyna obejmowała czarnowłosego chłopaka, który się śmiał.
-Byli tacy młodzi...Tylko kilka lat starsi od nas. 
-Wiem. Nie uważasz, że to trochę dziwne, że tęsknimy za ludźmi, których nie znaliśmy? - Alice  popatrzyła na niego jakby naprawdę miała nadzieję, że jej odpowie.
-Nie wiem. Być może nie doceniamy więzi jakie istnieją pomiędzy rodzicami, a dziećmi.
Jeszcze przez kilka minut siedzieli w tym pokoju patrząc na te niesamowite rzeczy, które pozostały po Lily i Jamesie i myśląc o tym jakie mogło być ich życie, gdyby to wszystko się nie wydarzyło. W końcu prawie równocześnie się podnieśli i bez słowa ruszyli obejrzeć resztę domu.
Reszta budynku choć piękna i interesująca nie zrobiła już na nich takiego wrażenia. No może oprócz  piwnicy przerobionej na coś co najłatwiej można by określić mianem pokoju zabaw. Była tam wszystko czego można chcieć w trakcie imprezy bądź długiego, wolnego popołudnia. 
Ostatecznie udało im się jakimś cudem trafić do wyjścia i kiedy po kilku godzinach spędzonych w pomieszczeniach bez światła wyszli na zewnątrz okazało się, że słońce już zachodzi. Widząc, że pomimo późnej pory na dworze wciąż ktoś się znajduje usiedli na schodach chcąc chwilę odpocząć i pomyśleć.
-I co myślisz? - dziewczyna oparła się o brata ze zmęczeniem
-Myślę, że to wspaniałe, że mamy miejsce, do którego możemy należeć.- czarnowłosa słysząc dziwną nutę w tonie Mishry przytuliła się do niego i mruknęła:
-A ja się cieszę, że możemy tu być razem.
-Ja też.
-A wiesz co jest najlepsze?
-Niee?
-Że to miejsce jest nasze i mogę ja całe obkleić plakatami!

Rozdział VII

 Kiedy wreszcie dotarli na śniadanie nie mieli złudzeń co do intensywności treningu. Raih nie wymagał niemożliwego, ale był tego bardzo bliski.
-Harry, zapomniałbym. Ze względu na twoje bezpieczeństwo twoje imię zostało zmienione w świecie czarodziejów, ale w drzewie genealogicznym Fineriellów widniejesz jako Mishra i prawdopodobnie ludzie tutaj będą cię tak nazywać. Mam nadzieje, że ci to nie przeszkadza.
-Eee... Właściwie czemu nie. Myślę nawet, że w pewien pokręcony sposób jest to odpowiednie. - z pewnym zaskoczeniem musiał przyznać, że faktycznie tak uważa. Czuł się tak jakby po prostu przez całe życie używał drugiego imienia, a teraz wreszcie ktoś raczył zdradzić mu pierwsze. - Zresztą i tak pewnie w końcu przylgną do nas jakieś ksywki. A w waszej grupie? Oprócz Lisicy i Rogacza?
-Ze względu na moje nazwisko - Kruk, a Cleo Wilczyca.
-Fajnie, ale tak...zoologicznie. - stwierdził Potter z niewinnym uśmiechem
-Chciałbym przypomnieć, że to się zaczęło od twoich rodziców, ty bezczelna mieszanko międzygatunkowa*. A teraz jedzcie, bo za chwilę zaklęcia.

Zaklęcia również odbyły się na sali treningowej, której czwórka czerwonych zaczynała powoli nienawidzić. Każdy dostał własnego manekina do dręczenia i rozeszli się po sali, żeby przez przypadek nie trafić siebie nawzajem.
-Dobra, zaczniemy od czegoś prostego. Powtórzcie po mnie Caesa! Dobra, a teraz patrzcie. - Raih odwrócił się do własnego manekina, poruszył ostro różdżką wypowiadając jednocześnie zaklęcie. Z końca patyka wyleciało kilkanaście krótkich fioletowych promieni, które ponacinały manekina niczym noże - Nie zabijecie tym przeciwnika i, o ile nie będzie olbrzymem, wykluczycie go chociaż na chwilę z walki. No, to do roboty!
-Caesa! - Raven przyjrzał się uważnie Danielowi, który jako pierwszy rzucił zaklęcie. Gest dobry, wypowiedział słowo poprawnie,  ale z jego różdżki zamiast krótkich promieni wyleciały  ze świergotem fioletowe ptaszki. Reszta zaskoczona niespodziewanymi odgłosami zapomniała, że miała dokładnie celować i tym sposobem czar Mishry uderzył w ścianę, a zaklęcie Sophie minęło chłopaka o włos i zderzyło się z tym Alice powodując drobny acz głośny wybuch.
A blondyn tylko patrzył na to wszystko z przerażoną miną i zastanawiał się jak on to do licha przeżyje.

Po obiedzie i kolejnej godzinie zaklęć opuścili Kwaterę i ruszyli labiryntem korytarzy na zewnątrz. -Myślę, że niektórym z was jazda konna się spodoba, ale raczej nie wszystkim. Dlatego też nasuwa się pytanie czemu zmuszamy was do tego skoro nie wszyscy to lubią. Odpowiedź jest bardzo prosta - bo to doskonały trening. W jeździe konnej używane są wszystkie mięśnie, nawet te, o których jeszcze nie wiecie, dzięki czemu stajecie się silniejsi, ale też poprawia się wasz refleks.
W czasie przemowy Raiha zdążyli dotrzeć do dużego, drewnianego budynku i przyległych do niego ogrodzonych terenów. Na zewnątrz pasło się kilka długonogich rumaków o pięknej lśniącej sierści.
-Przez pierwsze pół roku będziecie jeździć na różnych koniach, ale później jeżeli będziecie chcieli możecie sobie wybrać jednego na stałe. Zacznijmy jednak od czegoś prostszego. - weszli za nim do kolejnego pomieszczenia, w którym było pełno siodeł, ogłowi i innych końskich akcesori. Raven wziął do ręki coś co wyglądała na kilka pasków połączonych metalowymi kółkami. - Czy ktoś wie jak to się nazywa?
-Kantar. - odpowiedziała mu Alice
-Dobrze, to teraz chodźcie, pokaże wam jak się go zakłada.

Tak właśnie mijał im czas i nim się obejrzeli mieli za sobą już trzy miesiące szkolenia. Wszyscy się ze sobą bardzo mocno zżyli i każdą wolną chwilę spędzali razem starając poznać się jeszcze bardziej.
Harry siedział właśnie w bibliotece ucząc się o historii swojej rasy i wystukując na biurku tylko sobie znany rytm kiedy do pomieszczenia wemknęła się po cichu Alice.
-Nii-san*, Raih powiedział, że chce nam coś pokazać. - chłopak spojrzał na nią zaciekawiony, ale ona tylko wzruszyła ramiona - Nic więcej mi nie powiedział, wiesz jaki on jest.
Skinął głową zgadzając się z nią. Raih potrafił mówić naprawdę dużo w krótkim czasie, ale jeśli chciał zachować coś w tajemnicy to nie było możliwości, żeby coś z niego wyciągnąć. Ruszył za dziewczyną i po chwili z pewnym zaskoczeniem stwierdził, że kierują się na zewnątrz. Przed wejściem do Ośrodka Szkoleniowego czekał już na nich Raih w towarzystwie trzech czarnowłosych kobiet.
-O, jesteście już! Przedstawiam wam May, Anya'ę* i Norę Lancaster chociaż was bardziej powinno zainteresować, że ich nazwisko rodowe brzmi Fineriell. Moje panie poznajcie Mishrę i Alice Fineriell. Te trzy urocze kobiety podjęły się tej beznadziejnej roboty jaką jest uczenie was. Zabiorą was teraz do domu i wytłumaczą kilka rzeczy związanych z Fineriellami, a ja w tym czasie podręczę Sophie i Daniela. - uśmiechnął się jakby planował coś wyjątkowo wrednego, pomachał im na pożegnanie i zniknął w zamku
-Ten to się chyba nigdy nie zmieni. - mruknęła Nora, a jej siostry zachichotały - Dobrze, złapcie nas za ręce i przeniesiemy się.
Wylądowali przez kutą czarną bramą, za którą widać było tylko czerń. Musiała być to jednak tylko jakaś iluzja, ponieważ kiedy Anya pchnęła wrota ich oczom ukazał się zadbany ogród pełen zieleni. I kotów. Były wszędzie, małe i domowe spały na drzewach, a wielkie dzikie kocury odpoczywały w ich cieniu.
-To są Fineriellowie - spojrzała na jakiegoś zadowolonego dachowca wylegującego się lampartowi na grzbiecie - I ich koty.
-Koty mają koty? - mruknęła z ironią Alice
-I psy - dodała po namyśle May - I papugi, i rybki, i szczury, i węże i cholera wie co jeszcze.
-Ooo - zaciekawiła się dziewczyna popatrzyła błagalnie na Mishrę - Myślisz, że jak wrócimy do Anglii to mogłabym mieć psa?
-Jasne - westchnął chłopak zrezygnowany. Oboje wiedzieli, że jeśli Alice o coś poprosi to najczęściej się na to zgadzał.
-A Dumbledore nie będzie marudził?
-Pogadam z nim.
Trzy kobiety zaśmiały się cicho słuchając ich wymiany zdań. Alice zdecydowanie odziedziczyła po Lily dyskretny urok osobisty, który pozwalał czasem na osiągnięcie celu bez zbędnych dyskusji.
Ruszyli drogą prowadzącą do domu. Budynek był trzypiętrowy w kolorze kości słoniowej z czarnymi wstawkami. Nora otworzyła przed nimi drzwi i z uśmiechem zaprosiła do środka.
-Witamy was w rezydencji rodu Fineriell.
Hol był przestronny i ładny, ale chłodny. Dopiero kiedy weszli po schodach zobaczyli jak naprawdę wygląda dom. Był mroczny, ale nie niegościnny. Piękny, ale nie przesadny. Jak dla nich - idealny.
-To są miejsca dostępne dla wszystkich z rodu, ale zaraz dojdziemy dojdziemy do waszego piętra. Jest ono podzielone na dwie, prawie identyczne części. Macie sypialnię z łazienką, pokój gościnny, salon, gabinet i jeden pusty pokój.Na parterze, koło schodów znajduje się jeszcze jeden gabinet, w którym można przyjmować przychodzących tu ludzi. Oczywiście jeśli chcecie możecie wszystko zmieniać, bo to jest wasz dom, ale mówię z doświadczenia, że takie ułożenie sprawdzało się w przeszłości.
Weszli na górę i lekko zdziwili się na widok mięciutkiego dywanu rozłożonego na całej podłodze. Ich zaskoczenie pogłębiło się kiedy zobaczyli w jednym z salonów ogromną kanapę i głębokie fotele. May zaśmiała się widząc ich miny.
-No co? Ostatecznie jesteśmy kotami i lubimy mięciutkie rzeczy.
* * * *
*Nii-san - starszy brat

Rozdział VI

Młodzież pokręciła się chwilę niespokojnie po sali, ale ostatecznie wybrali okręgi i usiedli. Wyrocznia przeszła pomiędzy nimi przyglądając się i mrucząc pod nosem tylko sobie znane zaklęcia. Po chwili znaki rozbłysły kolorami. Białym dla Harry'ego, niebieskim przy Alice, czerwonym wokół Sophie i zielonym koło Daniela. Na tylko sobie znany znak Mistrz stanął na środku i, szepcząc kolejne formuły, naciął delikatnie dłoń, z której  spadło na podłogę kilka kropel krwi. Linie na podłodze zawirowały tworząc wir kończący się pod mężczyzną. Wszystko zabłysło mocno po raz ostatni i zgasło.
-Ja pierd*le! Mógł ktoś wspomnieć, że to będzie bolało.- warknął Conetti zbierając się z podłogi
-Popieram - mruknęła Alice rozglądając się po sali - Ej, mam zwidy czy włosy Soph naprawdę zmieniły kolor?! Przysięgłabym, że wcześniej nie były czerwone!
Zaskoczona dziewczyna złapała swoją kitkę i zaczęła jej się przyglądać z bardzo zabawną miną.
-Ja też - udało się jej w końcu wydusić - Raih?
-Jest kilka możliwości, ale według mnie byłaś przez całe życie pod wpływem zaklęcia, które zmieniało kolor twoich włosów. - blondyn przyjrzał jej się uważnie - Tak ci chyba nawet lepiej, co myślicie?
-Zdecydowanie extra.-zawołała czarnowłosa z miną fachowca - I jeszcze te czarne oczy. Trochę konturówki, tuszu i będzie genialnie!
-O matko, już się boję. Ten błysk w twoich oczach...
-Alice! - zawołał ze śmiechem Harry - Daj spokój dziewczynie, nie widzisz, że się boi.
-Wcale nie mówiłam, że się bo...
-Cicho, próbuje ci pomóc, a ty jeszcze marudzisz.
I nikt z nich nie zauważył, że z kąta przygląda im się trójka dorosłych z uśmiechami pełnymi zadowolenia.

***

-Ekhm, Raih? A jak to właściwie jest tutaj z czasem?
-Ha! wiedziałem, że w końcu zapytacie. Na cały teren Bractwa nakładane jest w czasie szkolenia zaklęcie zwane Pętlą Czasu, właściwie ma pewnie jakąś bardziej skomplikowaną i naukową nazwę, ale na tej lekcji robiłem...inne rzeczy. W każdym razie jest to skomplikowany czar utworzony przed wiekami przez założyciela Bractwa. Wtedy magia była silniejsza i choć było to trudne to nie niemożliwe. Aktualnie Pętla jest zapieczętowana w tym symbolu na podłodze w holu. Pamiętacie, że jak tu przybyliście to Mistrza nie było w Sali? Właśnie wtedy ją aktywował.
Szli właśnie korytarzem zmierzając z powrotem w stronę Kwatery. Droga była długa, pokręcona i wcale nie byli pewni czy potrafili by ją samodzielnie odtworzyć.
-Więc jeśli ktoś chciałby zejść na dół...
-Tak, jest to możliwe bez naruszania Pętli. Dlatego też uczniowie dostają jeden dzień w tygodniu wolny. Co prawda na początku spędzają go w zamku, ale później zaczynają wychodzić.
Korytarz po raz kolejny skręcił i nie wiadomo kiedy stanęli pod swoimi drzwiami.
-Raih?
-Co tym razem?!
-Czy kwatery wszystkich grup są tak daleko od...wszystkiego jak nasza?
-Właściwie nie. Nikt nie mieszka zaraz obok siebie, ale to zwykle kwestia korytarza, może jednych schodów. Trening czerwonych jest naprawdę trudny i wyczerpujący, dlatego wszystko jest zrobione tak, żebyście zdołali się na nim całkowicie skupić. - usiadł w fotelu i kontynuował - Będziecie się uczyli walczyć magią , ale i mugolskimi sposobami. Ważyć eliksiry, uzdrawiać i szpiegować. Dodatkowo kilka języków, coś podobnego do teleportacji, jazda konna, historia ras, a Fineriellowie muszą jeszcze wiedzieć jak poradzić sobie z  całym, wiecznie narzekającym, rodem.
Z satysfakcją przyjrzał się ich przerażonym przerażonym minom.
-Ach, i macie na to tylko dwa lata.
Jeszcze przez jakiś siedzieli omawiając kwestie techniczne szkolenia kiedy nadszedł czas kolacji, którą również zjedli w salonie. Później towarzystwo zaczęło się rozchodzić aż został tylko Harry i Raven.
-Moja matka o tym wiedziała?
-O Bractwie? Tak, sama była wśród czerwonych.
-Znałeś ich?
-Taa, Rogacz i Lisica, śmieszna z nich była para.
-Lisica?
-Tak mówiono na twoją matkę, nie wiedziałeś? Chociaż właściwie się nie dziwię, Lily była bardzo dyskretna. Trafili tutaj jak byli starsi od ciebie o rok, stąd to nagłe pojednanie w siódmej klasie. Trochę czasu im zajęło zanim zaczęli normalnie rozmawiać, ale spędzali ze sobą większość czasu, więc w końcu jakoś się dogadali. Ostatecznie ich grupa stała się jedną z najlepszych i najbardziej zgranych. Byli przyjaciółmi na śmierć i życie, ale wiesz jak to się skończyło.
-Ty również byłeś w tej grupie, czyż nie?
-Pff,prawda. Ja i moja kuzynka Cleo, którą kiedyś pewnie poznacie. Świetnie się czuliśmy w swoim towarzystwie, czasami imprezowaliśmy, ale częściej po prostu razem trenowaliśmy i wykonywaliśmy misję. A teraz...ciesze się, że w końcu tu jesteście. - poczochrał włosy i westchnął głęboko starając się opanować ból wywołany starymi wspomnieniami - A teraz spać, bo jutro nie będę miał dla was litości.
-Tak jest. - Chłopak zasalutował żartobliwie i oddalił się w stronę swojej sypialni próbując sobie to wszystko uporządkować.

Był pewny, że wszyscy już śpią, więc z pewnym zaskoczeniem spojrzał na drzwi słysząc pukanie.
-Proszę! - w uchylonych drzwiach pojawiła się rozczochrana głowa jego siostry
-Śpisz?
-Właśnie się kładłem.
-Aaa, to idę.
-A co chciałaś? - popatrzyła na niego z zamyśloną miną nim odpowiedziała
-Pamiętasz co mi obiecałeś na Grimmauld Place? To, że mi opowiesz.
-No dobra, wchodź. Zrobię jak obiecałem, ale najpierw ty opowiedz o sobie.
-Niech będzie.
Mała, co najwyżej pięcioletnia dziewczynka szła powoli przez ogród. Jej sukienka w kolorze szmaragdów idealnie współgrała z barwą oczu. Jeśli ktoś znał tereny rezydencji,jasnym by dla niego było, że dziewczynka zmierza do centrum ogrodu.

            Blondwłosa kobieta siedziała na białym krześle przy stoliku tego samego koloru. W jasnej, szczupłej dłoni o długich paznokciach trzymała kieliszek z białym winem. Kiedy dziewczynka podeszła kobieta spojrzała na nią przelotnie.
- Doskonale, że już jesteś Alicjo. Usiądź. Muszę ci coś powiedzieć.
            Zielonooka posłusznie wdrapała się na krzesło i dokładnie wygładziła sukienkę
-Nie mam zamiaru cię okłamywać. Nie jestem twoją matką, ani Robert twoim ojcem. Twoi rodzice nie żyją i tym stwierdzeniem kończę ten temat. Mimo, że już wiesz nadal masz obowiązek nazywać mnie mamą.
- Dobrze, pani matko.
*** 
Kilka lat starsza,jedenastoletnia dziewczynka stała z blondwłosą kobietą. Przed nimi, w wejściu do wielkiego domu zatrzymała się brązowowłosa, krótko ostrzyżona, młoda kobieta.
-Pamiętasz jak ci tłumaczyłam, że nie możesz pójść do szkoły magii?
-Tak, matko.
-Dobrze. To będzie twoja nauczycielka, pani Cathrine Lancaster. Rozumiesz?
-Tak, matko.
-W takim razie was opuszczam. Alicjo pójdź z naszym gościem do pokoju przy bibliotece. Powinienbyć odpowiedni na lekcję.
-Tak, matko.
Blondwłosa kobieta odwróciła się i odeszła w stronę salonu. Dziewczynka popatrzyła za odchodzącą„matką”, a po chwili skupiła swoją uwagę z powrotem na nowo przybyłej. Nie była,co prawda klasyczną pięknością, ale z pewnością można by o niej powiedzieć, że jest ładna.
-Witam panią w rezydencji rodziny Lune. Nazywam się Alice Lune i od dzisiaj będę pani uczennicą. Proszę pójść za mną.
***
O kolejne kilka lat starsza, piętnastoletnia Alice szła przez ogród. Kierowała się w stronę centrum zielonych terenów. Miała złe przeczucia, ponieważ doskonale pamiętała łudząco podobną sytuacje z przed dziesięciu lat.
Tym razem jednak jej matka nie była sama. Towarzyszyła jej trójka nieznajomych zupełnie niepasujących do tego miejsca.
-Alicjo, poznajNimfadorę Tonks, Kingsley’a Shackleboltaoraz Alastora Moody’ego.

Raih z irytacją wypisaną na twarzy otworzył z impetem drzwi do sypialni chłopaka i zamarł w pół kroku. Spodziewał się czarnowłosego śpiącego smacznie na łóżku. No i faktycznie, przypuszczenie sprawdziło się.Tylko, co u diabła,  robiła tu ta dziewczyna?! O mało nie zaczął się śmiać sam z siebie. Co robiła? Spała i to całkiem głęboko, zwinięta w kłębek na fotelu.
Gdyby świat był sprawiedliwy Raven najprawdopodobniej wycofałby się z myślą, że młodzi dużo przeszli i muszą odpocząć.
Jednak, jak już bardzo wiele osób raczyło zauważyć ten nieszczęsny padół łez nie zna tak skomplikowanego i złożonego słowa jak sprawiedliwość...
-WSTAWAĆ LENIE!!! – ...a już na pewno nie zna tego słowa Kapitan czerwonych
Obydwoje podskoczyli i w ciągu sekundy znaleźli się w pozycji stojącej na podłodze. Widząc rozeźlonego gościa dziewczyna pognała,czym prędzej do swojego pokoju, a chłopak do łazienki.
            Kilkanaście minut później cała piątka spotkała się w salonie. Co chwilę ziewający Daniel,całkiem rozbudzona Sophie i całkowicie nieprzytomne rodzeństwo.
-Na początku szkolenia wasz plan będzie bardzo prosty i zrozumiały. Przed śniadaniem ćwiczenia fizyczne, po śniadaniu nauka zaklęć. Poobiedzie godzina na zaklęcia, później jazda konna, a po kolacji znowu ćwiczenia. Jak zrobicie jakieś postępy to urozmaicimy to trochę. A teraz za mną. –ruszyli w stronę jednych z tajemniczych– A o to i nasza sala treningowa. – powiedział otwierając drzwi i wpuszczając ich do środka.Pomieszczenie było takiej wielkości, że z powodzeniem można by z niego zrobić boisko do piłki nożnej. – Dobra, słuchajcie. Pięć okrążeń truchtem, potem okrążenie marszem i znowu trucht. No, co się tak patrzycie, do roboty!

Rozdział V

 Kwatera młodych czerwonych okazała się przytulnym salonem z szóstką drzwi prowadzącą do innych pomieszczeń. Na środku stał niski, drewniany stolik otoczony przez kanapę, z której skorzystał Harry i dziewczyny, oraz dwa fotele, którymi zadowolił się Daniel i ich Kapitan.
-Dobra, ludzie. Podejrzewam, że będę wam musiał co nieco wyjaśnić.- zrzucił kaptur i uśmiechnął się do nich wrednie. Miał długie zebrane w kitkę blond włosy i stalowe oczy. Machnął ręką i przed każdym pojawił najzwyklejszy mugolski zeszyt i długopis. - Jestem całkowicie przeciwny tym piekielnym, niepraktycznym pergaminom i piórom, więc kiedy już będziecie coś notować, a będzie to rzadko, piszecie w zeszycie. Zacznijmy od tego, że nazywam się Raih Raven i mimo, że będę was uczył zwracajcie się do mnie po imieniu. Dlaczego to ja będę was uczył, a nie jakiś inny czerwony? To proste, zazwyczaj w naszym oddziale jest tylko jedna nowa drużyna i przyjęło się, że to Kapitan zostaje nauczycielem. Macie jakieś pytania?
-Czym się właściwie zajmują czerwoni?
-Dobra, to jest trochę skomplikowane. Właściwie wszystkim po trochu, jesteśmy wysyłani do zadań, w których nie wiadomo co będzie potrzebne. W razie potrzeby musimy potrafić walczyć tak wręcz jak i magią, uzdrawiać, a także szpiegować. Dlatego do czerwonych trafiają osoby wszechstronne i nawet jeśli o tym nie wiedzieliście to tacy właśnie jesteście. No, a teraz jeśli nie macie już pytań chciałbym przejść do pierwszej lekcji. Będziemy się zajmować rodami i mianami. Pewnie nie wiecie, ale aktualnie jesteśmy w bardzo odizolowanej części Japonii. Ośrodek Szkoleniowy znajduje się na wysokim wzgórzu i jest jednocześnie siedzibą Mistrza. U stóp góry znajduje się ogromne miasto, w którym to właśnie zamieszkuje większość członków Bractwa. Razem tworzą swego rodzaju społeczność. I tak jak w każdej społeczności tak i tutaj są ważniejsi i mniej ważni członkowie. Najważniejszy jest oczywiście Mistrz wraz z Wyrocznią. Potem jest „Ród Przewodzący”, czyli rodzina Fineriell. Następnie wszyscy Kapitanowie, później reszta rodów,a na końcu cała reszta. Problem polega na tym, że ostatni potomek Fineriell zginął bardzo młodo, nawet jak na ludzkie standardy. Nazywał się Araktur Fineriell, choć przyjaciele nazywali go Rogaczem. - Raih spojrzał na czarnowłosego, który z uporem godnym lepszej sprawy wpatrywał się w stolik, na którym zaczynały już podskakiwać zeszyty - Harry...
-Czy on wiedział? Czy ten.. Czy Dumbledore o tym wiedział?
-Myślę, że bardzo chciał o tym zapomnieć, ale wiedział o tym. Bractwo pamięta o swoich, więc nie tak łatwo było mu cię przed nami ukryć.
Młody Potter podniósł wzrok i Raih pomyślał, wpatrując się w całą gamę negatywnych emocji błyszczącą w zielonych oczach, że prawie współczuje Dumbledorowi. Prawdopodobnie w tej chwili chłopak nie byłby dla starego czarodzieja przeciwnikiem na żadnej płaszczyźnie, ale po szkoleniu...
-Wracając do historii, dodam dla niewtajemniczonych, że Rogacz był w czarodziejskim świecie bardziej znany jako James Potter. - widząc ich zaskoczenie uśmiechnął się bezczelnie - Z czego wynika, że obecna tu dwójka Potterów należy do Rodu Przewodzącego Bractwa Róży. - odczekał chwilę zanim kontynuował - Myślę, że musicie sobie co nieco przemyśleć, a ja muszę coś załatwić. Jak wrócę to coś zjemy, a potem to zobaczycie.
Zarzucił kaptur i wypadł z salonu jakby faktycznie gdzieś mu się śpieszyło, a młodzież popatrzyła ciekawie za nim.
-Zdecydowanie jest dziwny. - orzekła Sophie
-Cicho, może stoi pod drzwiami i podsłuchuje.
-Wcale bym się nie zdziwił. - mruknął Harry - Przebił chyba nawet Shelley'a.
-Coś w tym jest.
Cała czwórka spojrzała na siebie i wybuchnęła śmiechem.
-Jakbyśmy my byli okazem normalności.
-Mniejsze o to, o ile nikt tutaj całkiem nie postradał zmysłów to te drzwi z naszymi nazwiskami to najprawdopodobniej sypialnie, a skoro mamy chwilę to może powinniśmy je oglądnąć? - zasugerował Daniel
-Czemu nie.
Tak więc cała czwórka wstała i każdy ruszył do odpowiednich drzwi. Ku zaskoczeniu młodzieży sypialnie okazały się całkowicie bezosobowe,  prawdopodobnie przygotowane, aby to mieszkańcy uczynili je swoimi. Białe ściany, drewniane podłogi, łóżko, szafa, biurko z krzesłem, fotel, skrzynia i drzwi do równie bezosobowej łazienki.
Nieco zawiedzeni wrócili do salonu, a po chwili pochłonęła ich dyskusja na każdy możliwy temat jaki przyszedł im do głowy.

***
-...no i jeśli szukający złapie znicz to jego drużyna dostaje 150 punktów i mecz się kończy.
-I co, ta drużyna wygrywa? - usłyszał głos Sophie
-Zazwyczaj, ale niekoniecznie. - jak najciszej wszedł do salonu, ale młodzi zajęci rozmową w ogóle go nie zauważyli. Sophie siedziała ze skupioną miną, podpierając głowę ręką, Daniel opowiadał o Quidditchu żywo gestykulując, a czarnowłose rodzeństwo kiwało co jakiś czas głowami w potwierdzeniu. - Czasami drużyna bez znicza ma i tak więcej punktów, więc wygrywa. Dlatego...
-Widzę, że dobrze się bawicie, - wtrącił blondyn - ale muszę wam przerwać. Za moment pojawi się nasz obiad, a za godzinę mamy być u Mistrza.

Po obiedzie podanym w kwaterze zgodnie ze słowami Ravena udali się na spotkanie. Tyle, że w sali, do której weszli nie spotkali dwójki zakapturzonych ludzi, lecz brązowookiego blondyna i rudą kobietę z jednym okiem czekoladowym, a drugim jaskrawo zielonym. Na pierwszy rzut oka nie wydawali się starsi niż trzydzieści lat, ale w ich uważnym spojrzeniu czaiła się wieloletnia mądrość.
-Witajcie ponownie, czy Raih wyjaśnił dlaczego tu jesteście?
-Nieee.
-Tak, czemu mnie to nie dziwi? Dobra, nie ważne. Ze względu na intensywność swojego treningu czerwoni nie mogą sobie pozwolić na żadne opóźnienia. Większość grup przyjdzie do tej komnaty dopiero za trzy do sześciu miesięcy, aby tutejsza magia oczyściła ich z wszelkich ograniczeń jakie zostały na nich nałożone tak w mugolskim jak i czarodziejskim świecie.
-Jak wiecie - podjęła wątek Wyrocznia - żyje wiele istot, które nie są do końca ludźmi. Większość  czarodziejów zna wilkołaki, olbrzymy i centaury, ale tak naprawdę istnieje ich o wiele więcej. Elfy, wampiry, zmienni, a jeśli masz wyjątkowego pecha możesz spotkać pełnokrwistego demona. I właśnie niektóre z tych stworzeń są członkami Bractwa. Oczywiście należą do nas też ludzie, rozumiecie? W tych z was, w których płynie inna krew po wyjściu z tej komnaty zaczną objawiać się powoli cechy typowe dla rasy. Opowiadam to wszystko, żebyście się nie przerazili zauważając w sobie pewne zmiany.
-A czy wiadomo kim jesteśmy? - wtrącił Daniel
-Ty jesteś człowiekiem. - odpowiedział Mistrz - Fineriellowie to od pokoleń koci zmienni, a Sophie jest prawdopodobnie elfką, ale raczej nie czystej krwi. Wszystko jest jasne?
Odpowiedziały mu cztery skinięcia.
-A więc przejdźmy dalej. Widzicie te okręgi na ziemi? Doskonale, niech więc teraz każdy usiądzie w swoim. Nie róbcie takich min, jak podejdziecie to przekonacie się, który jest wasz.

Rozdział IV

Ośrodek szkoleniowy okazał się zamkiem z czarnego kamienia, który w promieniach letniego słońca błyszczał czerwienią. Shelley otworzył wrota magią i szybkim krokiem weszli do środka. Na posadzce w holu widniał symbol węża owiniętego wokół róży.
-To znak Bractwa Róży.
Przyglądając się wnętrzu podeszli do kolejnych drzwi, które Jack również otworzył. Sala była duża, okrągła i panował w niej niewysłowiony harmider. W centrum stało co najmniej pięćdziesiąt osób mniej więcej w ich wieku. Pod ścianą w równych odstępach pięć postaci ubranych w długie szaty z kapturami, każda w innym kolorze.
-Ci w środku to nowicjusze tacy jak wy, a resztę wyjaśni wam Mistrz. No nic, ja już lecę.
-Ale...- czarnowłosy odwrócił się w poszukiwaniu mężczyzny, ale zamiast niego mignęła mu w tłumie inna znajoma blond czupryna - Sophie?!
Jasnowłosa dziewczyna odwróciła się w ich stronę i kiedy napotkał równie zaskoczone spojrzenie jej czarnych oczu był już pewny, że to ona.
-Harry? A co ty tu robisz? - Sophie podeszła do nich przeciskając się przez tłum - Nie miałeś być u przyjaciela?
-Właściwie byłem, ale ktoś po mnie przyszedł i zaproponował mi przyjście tutaj, a ja się zgodziłem, no i tak trafiłem tutaj. A ty co...
-Ekhm. - chłopak spojrzał w kierunku gdzie stała jego siostra. Trzymała ręce skrzyżowane na piersi i stukała stopą o podłogę. - Może byś mnie przedstawił?
-Eee, no tak. Jasne. Sophie, to jest moja siostra Alice. Alice, to moja przyjaciółka Sophie. 
-Miło mi cię poznać, chociaż przyznaje, że nigdy wcześniej o  tobie nie słyszałam.
-Prawdopodobnie dlatego, że nie wiedział o moim istnieniu. No, ale już wie i w sumie to na jego nieszczęście - Alice posłała blondynce uśmiech chochlika i kontynuowała - A jak się w ogóle poznaliście? Chodziliście razem do szkoły?
-Właściwie to do tej pory nawet nie wiedziałam, że Harry jest czarodziejem. To było tak, że...
Chłopak stał obok i przyglądał się im z uśmiechem na ustach. One to się na pewno dogadają.
Z każdą chwilą przyśpieszającą rozmowę przerwało pojawienie dwóch nowych osób. Mężczyzna w czarnej szacie z kapturem i kobieta ubrana w zieloną suknię i taką samą pelerynę.
-Witajcie, moi drodzy nowicjusze. Jestem Mistrzem tego Bractwa, a ta tutaj towarzysząca mi piękna dama to Wyrocznia. Nie łamcie sobie na tym głów, nasze prawdziwe imiona poznacie w odpowiedniej chwili. Mam nadzieje, że się wam tu spodoba, a teraz, o ile nikt nie ma pytań, przystąpimy do przydziału. Jak widzicie towarzyszy nam kilka tajemniczych postaci, znanych w Bractwie jako Kapitanowie. Każdy z nich jest odpowiedzialny za swój oddział posiadający własną specjalizację. W czarnej szacie Elisa Cornwell, magia bojowa i walka wręcz. Biały to Eryk Rosso, magia umysłu i rytuały magiczne. W czerwonej szacie Raih Raven, zadania specjalne. Szary to Nora Vance, zwiad i zaopatrzenie. W zielonej szacie Aki Tono, uzdrowicielstwo i szeroko rozumiane zastosowanie ziół.* Jak na razie wszystko jest zrozumiałe? - przez przeszedł zgodny pomruk - Świetnie. Sam przydział jest stosunkowo prosty. Podchodzicie tutaj, dajecie się przeskanować Wyroczni, a ja informuje was do jakiego oddziału trafiliście i z kim będziecie w grupie.Dobra, zaczynamy.
-Archer Megan.
Przez tłum przepchnęła się niska blondynka z przestraszoną miną. Kiedy zbliżyła się do Wyroczni to kobieta położyła jej na moment dłoń na głowie, a potem się odsunęła.
-Megan, od dzisiaj należeć będziesz do zielonych. Boyer Alain.
Przydział trwał i nowicjusze po kolei trafiali do oddziałów. Jak na razie tylko czerwoni pozostawali bez nowych członków.
-Coletti Daniel.
Z tłumu wyłonił się szczupły, opalony chłopak o różnokolorowych włosach. Nie wyglądał na szczególnie przejętego sytuacja, a na jego ustach błądził łobuzerski uśmiech.
-Daniel?! - wyszeptała z zaskoczeniem Alice - Myślałam, że jest mugolem!
-Znasz go?
-Rodzina, u której mieszkałam miała dom we Włoszech i zawsze spędzaliśmy tam wakacje. Jak miałam jakieś siedem lat to wprowadził się do domu niedaleko. Jego ojciec robił jakieś interesy z moim, więc pozwalano mi czasem spędzać z nim czas.
-Daniel, należysz do czerwonych. 
Po chwili natomiast usłyszeli:
-Elven Sophie. - dziewczyna rzuciła im niepewny uśmiech i mruknęła: - Życzcie mi powodzenia.
Sophie trafiła do czerwonych i znowu rozpoczęło się czekanie. W końcu, przynajmniej piętnaście minut później, zabrzmiało:
-Potter Alice. - przez salę przeszedł nagły szum i wszyscy, dla których to nazwisko coś znaczyło, wpatrywali się w nią ciekawie kiedy szła w stronę Wyroczni.
-Alice, trafiłaś do czerwonych. - dziewczyna odwróciła się i posłała bratu uśmiech przez całą salę - Potter Harry.
Czarnowłosy podszedł do Wyroczni z nadzieją, że również trafi do czerwonych, ale też z pesymistycznym przeczuciem, że bynajmniej nie.
Witaj, Harry Potterze. Mam odpowiedzi na wiele z twoich pytań, ale jeszcze nie pora na to. -usłyszał w głowie kobiecy głos
-Harry, ty również należysz od dziś do czerwonych.
Chłopak skinął im uprzejmie głową i ruszył w stronę przyjaciół. Dziewczyny szczerzyły się do niego jakby od tego zależało ich życie, a Daniel wyciągnął rękę na powitanie.
-Daniel.
-Harry. Miło cię poznać.
Czas do końca przydziału spędzili na cichej rozmowie, ale ich Kapitan, z resztą wciąż schowany pod kapturem, milczał. Kiedy w końcu nadszedł koniec ponownie przemówił Mistrz.
-Moi drodzy, oddziały wybrane, grupy dobrane teraz został wam już tylko trening. Mam nadzieję, że poczujecie się tu jak w domu albo jeszcze lepiej. Teraz udajcie się do kwater wraz z Kapitanami, którzy pokażą wam gdzie będziecie mieszkać i kto będzie waszym nauczycielem. Najpierw czarni.

Rozdział III

 Z dedykacją dla:
-Petry i
-Mai


Ukryty w najodleglejszym zakątku domu spędził noc rozmyślając. Wiadomość o posiadaniu napełniła go jednocześnie szczęściem jak i niepokojem, bo przecież krew to jeszcze nie wszystko. Istniały przecież na tym świecie miliony spokrewnionych osób, które nawet nie utrzymywały ze sobą kontaktu. Mimo to miał nadzieje, że jemu uda się porozumieć z młodszą siostrą, ostatecznie to nie był dobry czas na kłótnie.
Kończąc swoje przemyślenia jakże uniwersalnym stwierdzeniem "Będzie co ma być" ruszył na dół w poszukiwaniu innych mieszkańców domu. Panią Weasley, jak zwykle zresztą, zastał w kuchni przygotowującą śniadanie. Prawdopodobnie była już zorientowana w sytuacji, ponieważ kiedy tylko przestąpił próg rzuciła mu zatroskane spojrzenie i postawiła na stole naprawdę duuuży talerz jajecznicy.
-Dzień dobry, pani Wasley. Dobrze pani spała?
-Witaj, Harry. Nie mam na co narzekać. Dzisiaj rano, zanim wyszedł do pracy, Remus opowiedział mi co się stało i bardzo mi przykro, że dowiedziałeś się o tym w taki sposób.
-Nie ma sprawy, dla mnie najważniejsze jest, że wogóle wiem.
Rozmowę przerwał im trzask zamykanych drzwi i dzikie wrzaski pani Black. Molly spojrzała na niego jeszcze bardziej zatroskana i machnęła ręką w stronę wejścia.
-Sadzę, że to ty powinieneś ją powitać.

Na górze czekało go pewne zakończenie. Skoro on był kopią ojca logiczne wydawało się założenie, że Alice będzie podobna do matki. Ona jednak, jakby na przekór wszystkiemu i wszystkim, wyglądała jak jego bliźniaczka. Długie, czarne włosy i zielone oczy. Jedynie jej skóra była odrobinę jaśniejsza, a na twarzy miała trochę bladych piegów.
-Cześć, Harry. - zawołała Tonks zasłaniając portret - Musimy już iść, więc czy mógłbyś pokazać Alice dom i przedstawić jej wszystkich?
-Jasne. Cześć, nazywam się Harry Potter i no cóż... Jestem twoim bratem.
-Wiem. Jestem Alice i mam nadzieje, że jakoś się dogadamy. - posłała mu nieco wymuszony uśmiech mówiący, że wciąż nie jest pewna co o nim myśleć
-W takim razie zapraszam do kuchni. Jak tylko spróbujesz kuchni pani Weasley od razu poczujesz się tu niczym w domu.
-Pamiętasz go? - spojrzał na nią zaskoczony
-Co?
-Dom. Czy pamiętasz nasz dom?
-Nie, byłem za mały..-uchwycił jej zawiedzione spojrzenie i uśmiechnął się pocieszająco - ..ale od kiedy trafiłem do czarodziejskiego świata spotkałem wielu ludzi, którzy chętnie dzielili się ze mną swoimi wspomnieniami. Jeśli chcesz mogę ci później coś opowiedzieć.
-Dzięki.

***

Usiadł na łóżku rezygnując z dalszych prób zaśnięcia. Męczył się, przewracając z boku na bok, już dobre trzy godziny, a snu jak nie było tak nie ma. Podniósł się i jak najciszej przeszedł przez pokój po drodze się ubierając. Zamknął drzwi z cichym kliknięciem i ruszył po schodach omijając co bardziej skrzypiące stopnie. Wkroczył do salonu i musiał przyznać, że zdziwił się mniej niż powinien widząc w nim swoją siostrę. Siedziała zwinięta w fotelu i wpatrywała się w wygaszony kominek. Miała na sobie zielone spodenki, czarny T-shirt z nadrukiem i takie same trampki.
-Też nie możesz spać?
-A jakżeby inaczej, chociaż ja chyba wierzyłem w swoje możliwości odrobinę dłużej niż ty. - usiadł w fotelu naprzeciwko i oparł głowę na dłoni - Szczerze mówiąc wolałbym się dzisiaj wyspać, bo jutro pani Weasley nie będzie miała dla mnie litości przy sprzątaniu, a wczorajszej nocy też za dużo nie spałem.
-Ja podo..- jej dalsze słowa zagłuszyło buchnięcie ognia w kominku - Co do licha?!
Z płomieni jak gdyby nigdy nic wyszedł blondwłosy mężczyzna otrzepujący w skupieniu swoją szatę. Kiedy był już najwidoczniej zadowolony ze stanu swojej garderoby podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko napotykając wzrok młodszej dwójki.
-Cześć ludzie. Jestem z Bractwa Róży, chcecie się do nas przyłączyć?
Potterowie popatrzyli na siebie i wybuchnęli śmiechem, a nowo przybyły zrobił zaskoczoną miną jakby nie wiedział o co im chodzi.
-Wiesz..to trochę mało informacji. - udało się w końcu wydusić Alice - Byłoby miło gdybyś powiedział coś jeszcze.
-Ach, o to wam chodzi! Nazywam się Jack Shelley i urodziłem się w Anglii, aktualnie mieszkam na terenie Bractwa Róży, przez niektórych nazywanego Bractwem Równowagi. Zajmujemy się głównie odnajdywaniem utalentowanych czarodziei i kształceniem ich. W czasie konfliktów w czarodziejskim świecie zazwyczaj staramy się, aby żadna ze stron nie miała miażdżącej przewagi, bo to się zawsze źle kończy. W czasach pokoju pilnujemy, aby stworzenia mroku nie zżerały zbyt wielu ludzi i jeszcze kilka innych rzeczy. Nie mamy żadnych stałych powiązań ze Śmierciożercami, Zakonem Feniksa, ani Ministerstwem Magii w żadnym kraju. No więc teraz, czy już możecie się zgodzić?!
-No nie wiem. Co ty o tym sądzisz, Harry?
-Myślę, że to może być szansa.
-Szansa? Na co?
-Na zabicie Voldemorta. Więc myślę, że mogę spróbować. - dziewczyna przyjrzała mu się uważnie po czym skinęła głową
-Okej, niech będzie.
-No, to teraz zostawcie im wiadomość, że znikacie do końca wakacji i lecimy.

***

Harry czuł się jakby leciał. Nie było to jednak nieprzyjemne uczucie. Wręcz jakby przez chwilę mógł poczuć się jak ptak. Tak samo wolny i niezależny.
Uczucie niestety szybko się skończyło i chłopak poczuł jak uderza nogami o twardy grunt. Otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył to fioletowy promień lecący w jego stronę. Instynktownie wyjął różdżkę i rzucił Protego.Kątem oka zauważył, że Al zrobiła dokładnie to samo. Siła wrogiego zaklęcia była jednak tak wielka, że rozbiła barierę na części, chociaż osłabła sporo przy zetknięciu z zaklęciem obronnym. Oboje odskoczyli gwałtownie nie chcąc oberwać przekleństwem.
Cholera! A więc tojednak była pułapka! – pomyślał rozeźlony chłopak
Rodzeństwo odwróciło się w stronę Shelley’a wpatrując się w niego z chęcią mordu. Ten uśmiechnął się z zakłopotaniem i podszedł do dziewczyny i chłopaka. Różdżki zostały natychmiast skierowane w jego stronę. Z magicznych patyków posypały się czerwone iskry, po których łatwo można było zauważyć niechęć i nienawiść właścicieli.
-Wybaczcie!! Musieliśmy sprawdzić czy się nadajecie. –widząc, że wrogie spojrzenia wciąż są na niego skierowane skulił się w sobie i próbował wysyłać do rodzeństwa trochę pozytywniejsze emocje. Niestety, dla niego, żadne nie dało się zwieść, a dokładając do tego próbę wtargnięcia do ich psychiki poleciały w jego stronę dwa silne, czerwone promienie. Mężczyzna ledwie zdążył uskoczyć, a oba czary trafiły w ziemię robiąc w niej sporej wielkości dziury. Jack spojrzał na nich niespokojnie. Mocno się zdziwił widząc, że młodzi schowali różdżki i patrzą na niego spokojnie i obojętnie. Kiedy chciał coś powiedzieć to Harry nagle zabrał głos.
-Nigdy więcej nie próbuj nam grzebać w głowach, rozumiesz? –wysyczał złowieszczo. Blondyn drgnął zaskoczony. To nie była groźba ani ostrzeżenie. To był rozkaz. Bezwzględne polecenie, które należało wypełnić, bo za nieposłuszeństwo można było zapłacić wysoką cenę.
Jeszcze przed wyruszeniem na misję Mistrz ostrzegał go.Wtedy go nie zrozumiał teraz już tak. Choć chłopak nie wiedział, kim jest to jednak instynktownie wiedział, co może zrobić.
-Oczywiście, wybaczcie. Nie powinienem…-odparł skruszony
-Nie powinieneś. – przyznała chłodno dziewczyna kończąc dyskusje. – Teraz z łaski swojej zaprowadź nas do tego ośrodka szkoleniowego.

Rozdział II

Kiedy dotarli do domu Dursley'ów zobaczyli stojących przed domem Remusa i pana Weasley'a. Obaj wyglądali na zaskoczonych widząc go w towarzystwie nieznanej im dziewczyny.
-Witaj Harry, przyjechaliśmy po ciebie.
-Dzień dobry. - widząc ich zaskoczone spojrzenie dodał: - To jest Sophie, moja sąsiadka.
-Witaj Sophie. Harry jesteś spakowany?
-Prawie, zostało mi dosłownie parę rzeczy. Już idę. - odwrócił się do dziewczyny ze smutnym uśmiechem - No to.. może do zobaczenia w przyszłym roku.
-Jasne. Dobrej zabawy u przyjaciela.- nie mówiąc już nic odwróciła się z takim samym uśmiechem i ruszyła w stronę domu, a czarnowłosy pognał do swojego pokoju.
***
Molly Weasley była kobietą, dla której rodzina była najważniejsza. Przez całe życie starała się chronić swoje dzieci, tak te prawdziwe jak i przybrane, i choć czasami wykazywała się zdecydowaną nadopiekuńczością to wszystko co robiła, robiła dla rodziny. Kiedy więc poznała małego, pozbawionego miłości chłopca, jakim był Harry w  wieku jedenastu lat od razu przyjęła go do rodziny. I tak to już było od lat. Dlatego też kiedy tylko się dowiedziała, że jej mąż jedzie po młodego Pottera ugotowała na obiad jego ulubione danie, przygotowała miejsce do spania i zagoniła młodzież do sprzątania. A później zaszyła się w kuchni wesoło podśpiewując i przygotowując deser w oczekiwaniu na powrót rodziny.
Słysząc zatrzaskujące się drzwi czym prędzej udała się na górę. 
-Harry, kochaneczku, jak miło cię widzieć! - zawołała przytulając młodzieńca. Po chwili odsunęła się przyglądając się mu uważnie. Był wyższy, zdecydowanie wyprzystojniał, włosy miał odrobinę dłuższe, ale najbardziej zwracające uwagę były jego oczy. Jeszcze bardzie jaskrawo zielone i puste.
-Dzień dobry, pani Weasley. 
-Mam nadzieję, że jesteś głodny, przygotowałam twoje ulubione danie. 
-Oczywiście, jak zawsze. 


Po obiedzie spędzonym w towarzystwie rozwrzeszczanych Weasley'ów, przygnębione Remusa i zamyślonej Hermiony udał się do sypialni, którą, tak jak w zeszłym roku, dzielił z Ronem. Zawartość jego kufra, choć niezbyt bogata, zdecydowanie różniła się od ostatnich wakacji. 
Udało mu się w ciągu ostatniego miesiąca wymknąć kilka razy do miasta i teraz jego garderoba wyglądała zupełnie inaczej. Stare ubrania w wielorybim rozmiarze zamienił na nowe i pasujące. Głównie czarne, ale też szare, zielone i czerwone.
Z okazji przyjazdu Pottera pani Weasley zlitowała się nad młodzieżą i dała im wolne popołudnie, więc puścili mimo uszu sugestie Hermiony, która przebąkiwała coś o nauce i zajęli się grą w Eksplodującego Durnia.


Późnym wieczorem, kiedy większość domowników układała się już do snu, młody Potter postanowił lepiej poznać dom, który odziedziczył po swoim ojcu chrzestnym. Korytarze były ciemne i ponure, a wiele pokoi zamkniętych nieznanymi mu, prawdopodobnie czarnomagicznymi,  zaklęciami. Kiedy już porządnie oddalił się od swojej sypialni niespodziewanie usłyszał przyciszone głosy. Zbliżył się zaciekawiony i jakież było jego zdumienie, kiedy okazało się, że rozmówcami są Albus Dumbledore i Remus Lupin.
-NIE DUMBLEDORE. NIE ZGADZAM SIĘ. ON MUSI O TYM WIEDZIEĆ!!!
-Ależ Remusie on ci ufa, nie będzie podejrzewał, że mu nie powiedziałeś.
-ALBUSIE DO DIABŁA. JAK MOŻESZ ZABRANIAĆ MI POWIEDZENIA HARRY’EMU, ŻE MA SIOSTRĘ.

Chłopak cofnął się natrfiając na ścianę korytarza. Siostrę? Ale.. siostrę?Siostrę!!
Podszedł niepewnie do drzwi i stanął w progu. Jak na razie mężczyźni go jeszcze nie zauważyli.
-Remusie, to naprawdę jest dla dobra obojga. Pomyśl sobie jaki to musiałby być dla nich szok!
-Jest profesorze, zdecydowanie. - czarnowłosy skrzywił się się czując na sobie dwa zaskoczone spojrzenia - Ale wie pan co jest dla mnie gorsze? To, że w ogóle rozważał pan taki pomysł.
Odwrócił się i ruszył w stronę innej części domu zdecydowany znaleźć spokojne miejsce, w którym będzie mógł pomyśleć.
-Harry, zaczekaj! - korytarzem biegł w jego stronę Remus - Wolałbym, żebyś dowiedział się inaczej, ale.. co się stało to się nie odstanie. Jest rok młodsza od ciebie, nazywa się Alice i prawdopodobnie przybędzie tu jutro.
-Dzięki, Remusie. Jesteś wspaniałym przyjacielem, ale czy mógłbyś mnie na razie zostawić samego?
-Oczywiście.